Białe pomieszczenie, igła w ręce, łóżko szpitalne. Widziałam to samo w swoim śnie.
Koło mnie na krześle siedział Dylan.
Nawet nie zdąrzyłam o nic zapytać a Dylan już mi powiedział żebym była spokojna. Że Shane jest, tylko gada z doktorem. Uśmiechałam się lekko, nie miałam siły nic mówić. Odwróciłam głowę w stronę drzwi.
-Jak się czujesz?- zapytał po chwili ciszy Dylan. Czekałam aż przez drzwi wejdzie jeden z bliźniaków. Nie odwracając głowy, kiwnęłam twierdząco głową.
-Abby- wstał żeby być teraz na wprost mnie - musisz się coś odzywać.- patrzył się na mnie proszącymi oczami. Stwierdziłam że się odezwę.
-Co mam się odzywać?- bolał mnie brzuch. Nie chciałam się patrzyć na te wszystkie rany ale z drugiej strony, bardzo chciałam zobaczyć ile udało się temu psychopacie zrobić cięć. - jest okej. Boli mnie brzuch. To chciałeś usłyszeć?
Wszedł Shane. Nie cieszyłam się nigdy tak bardzo. A nie, sorki. Wczoraj się tak cieszyłam, jak zobaczyłam w drzwiach chłopaków.
-Hej...- powiedziałam po cichu do chłopaka. Podszedł do mnie, ucałował mi czoło, pogłaskał głowę i odrazu do mnie powiedział.
-Abby.... pokaż- stanął wyprostowany koło mnie. Mówił stanowczo chociaż wiem że mówił tak bo się martwi.
-Po co...nie trzeba Shane, serio. To tylko lekkie..- nie skoczyłam bo Dylan mi przerwał, gdy tylko się zorientował co chce powiedzieć.
- Nie gadaj głupot tylko pokazuj- nakazał mi Dylan.
-Zamknij się Dylan- Shane patrzył na brata zabójczym wzrokiem. Oni serio będą się kłócić nawet w sali szpitalnej?
-Morda jełopie. Chyba też chcesz zobaczyć, tak czy nie?- zaraz zacznął się tutaj bić, przysięgam. Dylan stał już bardzo blisko Shane'a.
- Pomyślałeś żeby to zrobić na spokojnie. Nie, nie pomyślałeś! Więc się zamknij i daj mi to załatwić.- Dylan się już nic nie odezwał. Stał na przeciwko mnie. Shane siadł na krześle obok mnie.- Abby, pokaż mi to. Proszę.- patrzył mi prosto w oczy. Już mi było to wszystko jedno. Podniosłam bluzkę którą miałam na sobie. Miałam inną niż wczoraj. Najwidoczniej ktoś mnie musiał przebrać, bo ja nie pamiętam nic.
- Ku**a...- Shane patrzył na rany na brzuchu a mi w oczach zbierało się coraz więcej łez. Spojrzał mi się prosto w oczy i zobaczyłam że jemu też oczy się błyszczały. Przytulił się do mnie lekko żeby mnie nie uszkodzić.
-Zabije gnojka- Dylan chodził po pomieszczeniu w kółko. Klną coś pod nosem. Wszedł Vincent. Dylan minął się z Vincentem i wyszedł z sali. Najstarszy z braci stanął obok Shane'a.
- Witaj Abby. - przywitał się ze mną swoim chłodnym głosem.- jak się czujesz?
-Bywało lepiej. Czegoś się dowiedzieliście od lekarzy?- pytałam patrząc się tylko na Vincenta. Wiedziałam że jakbym spojrzała na Shane'a to bym się rozpłakała. Słyszałam jak przeżywał sytuacje z Hailie.
-Wyjdziesz jutro prawdopodobnie. Shane ci raczej nie przekazał, więc zrobię to ja.
Lecicie w Czwartek do naszego ojca, który teraz przebywa w Tajlandii, znowu.
-Lecimy? Kto leci?- pytałam Vincenta ciekawa z kim lecę na "wakacje"
-Lecisz ty, ja, Dylan, Hailie i Tony.- odpowiedział mi szybko Shane. Vincentowi to się chyba nie spodobało bo spojrzał na niego tylko swoim lodowatym spojrzeniem i po chwilę wzrok przeniósł znowu na mnie.
-Tak, Shane ma tym razem rację. Lecicie w 5.
Zgadzasz się na plan?- zapytał mnie Vince, jak zwykle bez żadnych emocji.
-T-tak, jasne że się zgadzam!!- krzyknąłam tak mocno że aż rany na brzuchu zaczęły mnie boleć. Chłopaki chyba to zauważyli bo Shane położył swoją rękę na mojej a Vincent się lekko skrzywił.
-Dobrze, więc zostawiam was. Abby, oszczędzaj się. Do jutra. Shane, zostań tutaj dzisiaj.- Shane na potwierdzenie kiwnął mu lekko głową i zaraz Vincent wyszedł.
Odprowadzałam wzrokiem Vincenta do czasu aż nie odezwał się Shane.
-Abby..nie że chcę ale... wiedzę że cię dalej boli i może... chcesz zostać tutaj, jeszcze jakiś czas... przełożymy lot jeśli będziesz chciała- no czego jeszcze? Ja chcę stąd wyjść jak najszybciej!
-Nie, nie chce. Chcę być szybko w domu. W miejscu gdzie się czuje bezpiecznie. W domu jestem z wami, z tobą....- wiem że on chciał to dla mojego dobra ale ja nie chcę poprostu.
- Tutaj też jestem z tobą.- próbował mi wytłumaczyć, ale ja jak się upre na coś to tak zostanie.
- Shane ale to nie to samo. Chcę do domu...i tyle. Oki?- próbowałam być jak najmilsza. On mnie chyba zrozumiał. Położył się koło mnie. Głaskał mnie po głowie. I tak leżałam. Usypiałam lekko. Shane chyba myślał że już śpię kiedy usłyszałam.
-Nikt cię już nie tknie... nie pozwolę na to...- uśmiechnęłam się lekko i po tych słowach usnęłam na chwilę. Bo kiedy się obudziłam koło mnie stała pani doktor a Shane już siedział na krześle ale trzymając moją rękę.
Lekarka przeprowadzała kontrolę, także wstałam w idealnym momencie.
- Dzień dobry... przepraszam.- powiedziałam odrazu do lekarki.
- Nic się nie dzieje, dobrze że odpoczywasz. Pomoże ci to psychicznie. Jeszcze masz u boku swojego chłopaka. Szybko z nim dojdziesz do zdrowia.- to ostatnie zdanie powiedziała mi po cichu na ucho kiedy zmieniała mi kroplówkę.- szybko wracasz do siebie, powiem ci- mrugnęła do mnie lekarka kiedy wychodziła z sali.
Po wyjściu pielęgniarki, Shane upewniał się czy na pewno nie chce zostać. Oczywiście powtarzałam kilkukrotnie że nie zostaje, i jutro wracam do domu. Chłopak włączył telewizję podał mi pilota i włączyłam Netflixa. Tak, tutaj jest Netflix. Byłam w jednym z tych lepszych szpitali. Włączyłam serial który zaczęłam oglądać jakoś tydzień temu. Oglądałam serial Ania nie Anna.
Shane położył głowę obok mojego ramienia i usnął.
Oglądałam tak chyba 5 godziny, obejrzałam cały serial, więc zaczęłam oglądać jakiś inny. Oglądnęłam 2 odcinki i już mi się nie chciało była godzina 18, Shane wstał o 16 i siedział oglądał ze mną. W pewnym momencie musiałam iść do toalety. Nie mówiąc nic, wstałam powoli z łóżka. Oparłam się szybko o łóżko bo strasznie mnie zabolał brzuch. Shane szybko podszedł, nałożył moją rękę na swoją szyję i posadził na łóżku i kucnął na przeciwko mnie.
-Po co wstajesz?- zapytał przyglądał się mi cały czas.
- Chciałam iść do toalety. Nie mogę?- dzisiaj nie był mój dzień. Nie miałam humoru. Czułam się źle z tym że tak się zachowywałam wobec Shane'a. Nie zasługuje na to, ale chcę sobie sama radzić, nie chce się czuć jak kukiełka... Co ja gadam... On chcę mi pomóc.
- Oczywiście że możesz, ale przed musisz mnie uświadomić o tym. Widzisz jak sobie radzisz sama?- patrzyłam na niego i zrozumiałam że ma rację. Nie daje rady sama. Tylko czy serio muszę iść kawałek do toalety z nim?- czy ty..... czy ty się wstydzisz ze mną tam iść?
-Nie...nie wiem... raczej nie- nie wiedziałam sama co o tym sądzę. Głupie to wszystko. Oczywiście że się go nie wstydzę! Czemu ja mam wątpliwości.- nie Shane, nie wstydzę się.
-No więc, chodź. Chciałaś iść do toalety.- wstał, złapał mnie tak jak wcześniej i kierowaliśmy się do toalety. Kiedy sobie uświadomiłam jedną rzecz...
-Shane! Muszę się umyć. Nie wzięłam ciuchów.- zawróciliśmy w stronę walizki. Wyciągnęłam duża bluzkę Shane'a, czarne dresy i bieliznę.
Poszliśmy wreszcie do toalety. Shane posadził mnie na toalecie. Zrobiłam co miałam zrobić i przeszłam do drugiej części. Musiałam się umyć.
Rozebrałam się i powoli weszłam pod prysznic. Za mną szedł w razie czego Shane. Na szczęście była tam poręcz do trzymania i jak coś miejsce do siedzenia. Nie potrzebowałam usiąść stałam i się lekko zaczęłam myć. Odwróciłam lekko głowę i zobaczyłam że chłopak siedzi oparty plecami o prysznic.
Wyszłam powoli z prysznica , poprosiłam Shane'a o ciuchy i powoli się ubrałam. Wróciłam na łóżko.
-Tak źle było?- zapytał Shane z rozbawieniem.
- Nikt nie mówił że będzie źle.- uśmiechałam się do niego położył się koło mnie, przytulił się i ucałował mi czoło, ja się do niego przytuliłam mocniej i , jak zwykle, usnełam...
(Przepraszam że tyle czekaliście. Nie miałam weny. Kolejny rozdział postaram się) udostępnić do końca tygodnia. Buziaki )
CZYTASZ
Prawie jak Monet
Ficção AdolescenteW życie rodziny Monet powraca stara przyjaciółka świętej trójcy-Abby Evans, ich relacja powróci na nowo przez jej przeprowadzkę do Stanów, nawiążą się nowe relacje: przyjacielskie, miłosne, także nie zabraknie nowych wrogów.Zapraszam
