- Oni nie dali mi spokoju, nadal muszę dla nich pracować - wypowiadając te słowa, Aiden nerwowo przechadzał się po przestarzałym o przynajmniej dekadę pod względem wystroju salonie państwa Avery-Zimińskich.
Choć brzmiało to absurdalnie zważając na fakt jak bezbronnie i słabo wyglądała, bał się jej. Nieznanego pochodzenia paranormalne siły żyły w jej osłabionym, wychudzonym ciele mogąc uaktywnić się w najmniej oczekiwanym momencie, od pewnego czasu coraz częściej. Podkrążone, wręcz sine i niezrównoważone oczy kipiły istną nienawiścią i agresją wymieszaną z pewnego rodzaju obojętnością. To nie była już ta sama Allis, którą poznał kilka lat temu i założył z nią zespół. Trupia twarz o długich, wydajacych się przeważać jej wątłą posturę włosach, kontrastowała swą bladością z ciemnoróżową koszulą nocną, którą kiedyś nosiła Margot. Denerwowały ją. Chwyciła za tępe nożyczki i obcięła ich najdłuższą część, a za lustro służyło jej odbicie w szybie witryny z porcelaną. Teraz najdłuższa warstwa sięgała do połowy szyi. To była kompulsywna decyzja o niezrozumiałym źródle.
To nie była ta sama przyjaźń zbudowana na zamiłowaniu do tej samej muzyki i alternatywnego stylu ubioru. Nie widzieli się od kilku miesięcy, a rozmowy przestawały się kleić. Wybrała izolację, wręcz społeczną alienację. Nie miał pojęcia co się z nią stało.
Ojciec wyrzucił go z domu i nie miał dostępu do telefonu. Rodzice dziewczyny wypraszali go z domu gdy tylko zadzwonił do drzwi, nie podając mu żadnych informacji o miejscu jej pobytu.
On zaś zamieszkiwał obskurne ściany meliny kartelu narkotykowego, który ponownie przyjął go z otwartymi ramionami. Zupełnie jakby nic się nie stało i jakby nie kazali mu kilka miesięcy temu kopać własnego dołu z lufą przy skroni. Wracając do pogorszenia się kontaktu Ainsworth'a oraz Zimińskiej, zawiniły tutaj obie strony. O ile można w ogóle doszukiwać się czyjejkolwiek winy. Życia potoczyły się nie tak jak powinny, oddalając dwójkę przyjaciół od siebie. Jego zgubiło uzależnienie, zaś ją ta niezidentyfikowana istota pozbawiona twarzy, która odbierała mu kolejną najważniejszą osobę w jego życiu. Na obu z nich definitywnie wpłynęły problemy natury psychicznej oraz zbrodnie w Colorado jak i sama w sobie strzelanina, która obciążyła ich kolejną traumą, choć ich przeszłość nie należała do najłatwiejszych.
- Po co tu jesteś, skoro ani razu mnie nie odwiedziłeś? - zapytała beznamiętnie, a jej lekceważący ton był bardziej bolesny niż jakakolwiek obelga i gniew.
- Gdzie byłaś przez ten cały czas? Twoi rodzice nie chcieli mnie wpuścić. Chyba stracili do mnie zaufanie - zapytał zgodnie z prawdą, tłumacząc przyczynę swej niewiedzy. Stał na środku salonu żywo gestykulując. Zaś ona siedziała na kanapie patrząc się tępo w ścianę. Nawet nie obdarzyła go spojrzeniem. Zero entuzjazmu z faktu, iż go widzi. To przykre. On stęsknił się za nią i spadł mu kamień z serca, że żyje.
- Nie dziwię im się - wzruszyła ramionami i poszła do kuchni połączonej z salonem, wyciągając z kredensu szklankę wody. Poszedł za nią, choć za wszelką cenę próbowała go wyminąć, wręcz zignorować - Też straciłam do ciebie zaufanie. Coś jeszcze?
- Allis, gdzie byłaś?! - zawołał zrozpaczony, wracając do salonu aby usiąść na sofie i ukryć twarz w dłoniach - Co się z tobą dzieje?
- Widziałeś jak zabierali mnie do karetki. Myślałam, że się domyślisz - odpowiedziała, nadal stojąc do niego tyłem i wpatrując się w okno. Szklanka wypadła z drgających, kościstych dłoni rozbijając się na posadzce. Paranoicznie zaczęła zasłaniać wszystkie firanki mimo pochmurnego nieba i wszechobecnej ciemności. Po zakończonych czynnościach pozostała na miejscu, ukradkiem odchylając żaluzje i wpatrując się w podwórko.
- A, no tak. Zapomniałam. Przecież twój przećpany łeb nie wie, czym jest logika.
Allis bywała złośliwa i brutalnie dobierała słowa. Zazwyczaj jednak miała w tym inny cel. Mianowicie, chciała wskazać powagę sytuacji i nim wstrząsnąć by zmienił swe postępowanie. Teraz Aiden wyczuł inny motyw. Po prostu go nienawidziła, miała go dość i chciała pozbyć się ze swojego życia. Patrzyła na niego z pogardą, obrzydzeniem. Nie widział ani krztyny zmartwienia czy sentymentu do jego osoby. Stał się przez swoje wybory dla niej nikim. Czuł, że głównie przez swój upadek i to, jak się stoczył. Miała swoje powody, a jego wuj miał rację mówiąc, że pewnego razu wszyscy się od niego odwrócą. On też często przysłowiowo zlewał swych bliskich, wybierając ćpanie. Choć widział swoją winę, sytuacja nie stawała się przez to mniej bolesna. Wręcz przeciwnie.
CZYTASZ
I.𝖎𝖓𝖋𝖔𝖗𝖒𝖎𝖘 𝖈𝖗𝖊𝖆𝖙𝖚𝖗𝖆 ⦻ 𝔰𝔩𝔢𝔫𝔡𝔢𝔯𝔳𝔢𝔯𝔰𝔢
FanfictionWszystko zaczęło się w roku 2008, kiedy grupa studentów filmowych rozpoczęła projekt nad serialem ─ Marble Hornets. Młodzi mężczyźni zniknęli jednak z internetu w tajemniczych okolicznościach, pozostawiając po sobie jedynie serię przerażających i ps...
