Rozdział 4

54 4 1
                                        


Wróciliśmy do domu. Pierwsze co zrobiłam, to poszłam do łazienki aby się przebrać w mój codzienny strój, po mnie był Nathan a na końcu mama. Taty nie ma. Zostawił nas jak miałam pięć lat. Jakoś i tak szczególnie go nie lubiłam.

Na śniadanie mama robiła jajecznicę. Mój brat zjadł ją w ekspresowym tempie i jeszcze poprosił o dokładkę. Nie rozumiem go. Dobra. Wracając do wczorajszej sprawy, musimy dzisiaj wejść do tego budynku i wypuścić konie, które mogą się tam znajdować. Dołączy do nas jeszcze Aneta, moja kolejna przyjaciółka. Jest najwyższa z nas trzech, ma blond włosy oraz jasno niebieskie oczy. Razem ustaliłyśmy (Przez Facebook'a), że to ja wejdę do środka i zajmę się otworzeniem wszystkich boksów, a dziewczyny będą pilnować wejścia. Mam nadzieję, że to się uda. Zostało tylko się wyśliznąć z domu.

-Mamo-rzekłam odkładając talerz.

-Tak? Co się stało?-Spojrzała na mnie swoimi niebieskimi oczami.

-No bo umówiłam się dzisiaj z dziewczynami i...czy mogłabym wyjść?-Zwykle w niedzielę zostaję w domu, praktycznie nigdy nie wychodzę więc nie wiem czy to przejdzie.

-Dzisiaj? Przecież zwykle siedziałaś w domu. Skąd ta zmiana?

-Tak po prostu. Chciały się dzisiaj spotkać bo...-zaczęłam się zastanawiać nad odpowiedzią, a jej wzrok jeszcze bardziej mnie denerwował-...bo...Mają mi coś ważnego do powiedzenia. Naprawdę, a wczoraj nie mogły powiedzieć, ponieważ Dominika uznała, że to potrwa zbyt długo więc powie dzisiaj-dokończyłam. Mama spojrzała na mnie podejrzliwie ale w końcu się zgodziła.

Jechałam już na rowerze w stronę stajni. Wzięłam ze sobą tylko telefon bo poco mi coś innego. Gdy dojechałam na miejsce dziewczyn jeszcze nie było. Czekałam na nie jakieś 20 min. Wymieniłyśmy kilka zdań i ruszyłyśmy w stronę celu. Ostatnio nie opisałam jak wygląda ten budynek. Otóż jest to dość duża budowla; ściany pokryte były starą, szarą, odpadającą farbą, tylko gdzieniegdzie było widać cegły. Dach był lekko zerdzewiały i pokryty mchem. Obok było coś w rodzaju placu. Cały teren ogrodzony był siatkowym płotem.

Będąc na miejscu, szłyśmy wzdłuż ogrodzenia w poszukiwaniu dziury, jednak takowej nie znalazłyśmy. Pozostało się wspiąć na górę, na szczęście wszystkie umiemy się dobrze wspinać. Najpierw weszła Aneta potem ja i Domi. Skradałyśmy się w krzakach sprawdzając czy nikt nas nie widzi. Doszłyśmy do drzwi. Dziewczyny stały na czatach a ja weszłam do środka. To co tam zobaczyłam było po prostu przerażające. Jeden z koni miał kilka ran ciętych na grzbiecie, inny wyglądał jakby nie był czyszczony od wieków. Jeszcze inny był strasznie wychudzony. Każdy miał brudny boks i każdy koń patrzył na mnie z przerażeniem. Idąc dalej widziałam coraz to gorzej wyglądające zwierzęta. Doszłam w końcu do boksu, w którym znajdował się mały źrebak. Jak tylko go zobaczyłam łzy zaczęły mi płynąć z oczu strumieniami. Pobiegłam w stronę, z której przyszłam i zaczęłam wypuszczać kolejno każdego z koni, prosząc przyjaciółki by otworzyły drzwi. Wszystkie w mgnieniu oka wybiegły ze stajni i zrównały z ziemią ogrodzenie.

-Już w porządku-powiedziała Aneta kładąc mi rękę na ramieniu. To samo uczyniła druga dziewczyna i po chwili obie mnie przytuliły. Doskonale wiedzą jak reaguję na rzeźnię, o wiele mocniej niż inni ale dziewczyny też zaczęły płakać. Ten widok będzie mnie nawiedzał każdej nocy.

Przetarłam oczy i pokiwałam twierdząco głową. Powiedziałam dziewczynom, że zostanę jeszcze chwilę. Powiedziały, że poczekają na mnie za ogrodzeniem.

Przeszłam się jeszcze raz po stajni by sprawdzić czy wszystkie konie zostały wypuszczone. Pominęłam jednego. Podbiegłam do jego boksu a ten momentalnie się odwrócił i zaszarżował kopiąc nogami w kraty. Odskoczyłam kawałek. Kiedy się trochę uspokoił mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Był to ogier wyższy niż reszta koni i trochę mniejszy od konia rasy Shire. Był kary z białą gwiazdką na czole. Ledwo co ją zauważyłam, ponieważ miał brudną głowę. Zresztą jak reszta jego ciała. Gdy przybliżyłam się trochę do krat mogłam zobaczyć w jakim stanie są jego nogi. Ubłocone, a w niektórych miejscach miał blizny takie same jak na zadzie i klacie. Już miałam otwierać jego boks gdy zauważyłam przyczepioną do niego kłódkę. Przeklęłam pod nosem i zerknęłam na konia. Zamarłam gdy usłyszałam jakieś głosy dochodzące ze strony wyjścia. Nie wiem do kogo należały ale byłam pewna : to nie były dziewczyny.

-Wrócę. Obiecuję!-Powiedziałam w stronę konia i pobiegłam do drugiego wyjścia. Na szczęście nie spotkałam nikogo na swojej drodze. Ruszyłam biegiem w stronę, z której przyszłyśmy. Za sobą słyszałam jeszcze wściekłe krzyki tych facetów ale nie zwracałam na nich uwagi; w tym momencie liczyło się tylko to, żeby dobiec do domu w jednym kawałku.


BravoStories to obsess over. Discover now