-Jesteś szpiegiem? – Rhysand powtórzył pytanie ponownie. Amalie prychnęła.
-Co mam ci powiedzieć? – zapytała z goryczą. – W co uwierzysz? A może chcesz wyciągnąć prawdę z mojego umysłu?
-Mógłbym to zrobić – przyznał. I zaatakował. Ale Amalie potrafiła się bronić. Była lepsza, niż ostatnim razem. O wiele lepsza. Rhys zmarszczył brwi. Amalie obrócił się na pięcie, gdy czarne pazury w końcu się cofnęły z jej umysłu. Nie mógł zburzyć jej mentalnej tarczy. Nie był w stanie. Wyszła z namiotu, nie obejrzawszy się za siebie. Była wściekła. Na Rhysa, na jego bzdurne podejrzenia... na wszystko.
Potrafiła zniknąć. Potrafiła uciekać w cienie. Robiła to tak dobrze w czasie, gdy musiała znikać z oczu fae na Hybernii, że teraz po prostu... Rozpłynęła się w powietrzu, wskakując w cień. Powiedziała zbyt wiele... Powiedziała to, czego mówić nie powinna. O sobie, o nim...
Śniła koszmary. Mieszkając na Hybernii, nie mogła się od nich uwolnić, a jedyny sposób stanowiło odcięcie się od uczuć i rzucenie w wir walki i polityki. Służyć, nie myśleć. Nie czuć. Tak było najprościej. Tak żyła. Dziesięć lat... Tylko. Aż. Przeskakiwała, unikając wzroku każdego, który mógłby ją dostrzec. Amalie płaciła wysoką cenę, za to kim była.
Zacisnęła usta w wąską kreskę. Potrzebowała... pragnęła... Chciała zagrać. MUSIAŁA zagrać. Znowu dotknąć fortepianu. Była niemalże pewna, że nie wyszła z wprawy. Musiała wyrzucić z siebie tłumione latami uczucia. Walka to już było za mało. Wszystko co robiła do tej pory, to było za mało. Rhysand zburzył ostatnie mury jej opanowania. Wskoczyła na drzewo i wspinała się wyżej, dalej. Jak najdalej od świata. Musiała być sama. Przeskoczyła na kolejne drzewo. I następne, oddalając się od obozu. Zatrzymała się dopiero, gdy zyskała pewność, że nikt za nią nie podąża, ani nie będzie w stanie jej odnaleźć.
Jakby ktokolwiek miał zamiar! Nie była naiwnym dziewczątkiem. Nikt po nią nie przyjdzie. Nie było nikogo, komu by na niej zależało. Nikogo.
Wtem dostrzegła błysk między drzewami. I usłyszała cicho pobrzękujące dzwoneczki... Kapłanka. Jedna z prythiańskich kapłanek. Amalie znowu rozpłynęła się w cieniach. Zeskoczyła miękko na ziemię. I cicho jak kot pomknęła za wyznaczonym celem.
I wtedy ją zobaczyła. Ianthę. Tą, o której wspomniał Tamlin i Feyra na Hybernii. Wiedziała kim jest Iantha. Widziała już ją. Ale nigdy nie zwróciła na nią uwagi. Zbyt wiele kobiet przewinęło się przez łoże króla, by zapamiętywać ich twarze... A Amalie wiedziała, że akurat kapłanka nie stanowiła dla niej żadnego zagrożenia...
Iantha. Czy to nie ona powiedziała królowi o siostrach Amalie? Czy miało to teraz jakiekolwiek znaczenie?
Iantha. Kapłanka suka. I dziwka.
Ale Amalie nie powinna jej potępiać. Sama lepsza nie była. Grzała łoże króla przez kilka lat. Nazywano ją królewską dziwką. Ale nikt nigdy nie ośmielił się powiedzieć jej tego w twarz. Za bardzo się jej bali. A wiedzieli, że Amalie potrafi się mścić i król jej pozwoli na to. Dlatego milczeli i uśmiechali się złowieszczo, gdy była obok, ale gdy odchodziła... Cóż, wtapianie się w cienie było pożytecznym talentem.
Nawet nie wiedząc kiedy, przemieniona ruszyła za swoją zdobyczą. Iantha i jej dwóch żołnierzy nie wyczuli jej. Nie mogli. Nie, kiedy skrywała się w cieniach.
Przeskakiwała w bezpiecznej odległości, ale w końcu zorientowała się, że jej zdobycz jest tak arogancka, że nie ma sensu ta ostrożność. Hybernijscy żołnierze po prostu ignorowali niebezpieczeństwo. Amalie oblizała usta. Cudownie. Odeśle ich głowy królowi. Na złotej tacy. Z przemiłym listem.
Wyjęła długie, iliryjskie sztylety. Zbliżała się cicho. A potem zaatakowała. Rozpłatała gardło jednemu z żołnierzy szybkim ciosem, obróciła się i cięła. Drugi padł na kolana, chwytając rękami ranę i próbując powstrzymać cieknącą krew. Za późno. Iantha wrzasnęła. I rzuciła się do ucieczki. Amalie wyszła z cieni. I pobiegła za kapłanką. Dogoniła ją, zanim ta zdołała się przenieść. Grzmotnęła ją pięścią w twarz. Iantha krzyknęła z bólu, gdy chrupnęły kości i jej nos przestał być taki uroczy i śliczny. Z załzawionymi oczami patrzyła na srebrne włosy Amalie, nie widząc kim ta jest. I dlaczego się na nią rzuciła?
-Witaj Iantho – powiedziała ze złowieszczym uśmiechem.
-Kim...? Czemu...?! – dotknęła obolałej twarzy dłońmi. Płakała. Ale Amalie o to nie dbała.
-Jestem Amalie, ale ty możesz znać mnie jako Airan – przedstawiła się. Iantha zadygotała. Wiedziała kim jest Airan. Musiała już o niej słyszeć. O zdradzieckiej ulubienicy króla.
-Dziwka króla – szepnęła. – Zdradzisz własną rasę?
-Iantho, kiedy wydałaś siostry Archeron królowi, podpisałaś na siebie wyrok – bawiła się sztyletem. Amalie nie zwracała uwagi na blondynkę. – Feyra darowała ci życie. Na Dworze Wiosny. Ja nie zamierzam – kopnięciem powaliła ją na plecy. Iantha skuliła się, widząc w oczach Amalie swoją śmierć. Srebrnowłosa fae jej nie wybaczy. Kapłanka szybko pojęła, że jej sytuacja jest dramatyczna. Amalie podeszła powoli i oblizała sztylet. Z obłąkanym uśmiechem chwyciła włosy Ianthy i odcięła jej głowę. Podniosła krwawe trofeum i spojrzała na niegdyś piękną twarz. Może powinna ją przesłuchać, może oddać Rhysowi...
W tej samej chwili świsnęły strzały. Amalie obróciła się błyskawicznie. Co do...? Jej oczy rozszerzyły się, gdy dostrzegła mundury hybernijskich żołnierzy. Zaklęła, odrzuciła głowę Ianthy i pobiegła do lasu. W tej samej chwili jej plecy zalała fala bólu. Upadła twarzą w błoto. Dysząc ciężko, spróbowała się podnieść. Ktoś rąbną ją w plecy. Wykręcono jej dłonie, gdy próbowała się wyswobodzić. Dysząc ciężko i obserwując wszystko szalonym wzrokiem, dostrzegła generała, który dowodził.
Zasadzka. Wciągnęli ją w pułapkę. Ale jak?
-Witaj zdradziecka suko – przywitał się z nią, podchodząc jeden z generałów króla. Przewrócili ją na plecy. Wyciągnął jesionowy sztylet. A potem wbił go w jej brzuch. Amalie zadygotała. – Co prawda to nie o ciebie nam chodziło, ale efekt podobny – uśmiechnął się, przekręcając ostrze w ranie. Jęknęła. Bolało. Cholernie bolało.
-A o kogo? – wycharczała ostatkiem sił.
-Nie o ciebie – wyjął nóż, a potem dźgnął ją drugi raz. I kolejny. Amalie drżała. W końcu żołnierze ją puścili. Ze związanymi rękoma, leżąc na plecach i dysząc ciężko, zostawili ją i odeszli.
Amalie zamknęła oczy. Więc tak to się miało skończyć? Miała umrzeć w jakieś puszczy w Prythianie i nie mieć okazji zabić króla? Zakrztusiła się krwią, która popłynęła z jej ust.
I to był faktycznie jej koniec.
~*~
Dziękuję za gwiazdki i komentarze! :)
Pozdro!
N.C.

CZYTASZ
Zdrajczyni ✔
FanfictionTom I Amalie Archeron jest najstarszą pośród czterech sióstr Archeron. Od dzieciństwa wyróżniał ją niezwykły wygląd - białe włosy i szare oczy. Przez ten wygląd rodzina ją odtrąciła. Sprzedała, by spłacić długi. Tak narodziła się nienawiść, trawi...