Rozdział 4

2K 129 12
                                        

Kate

Zaczęłam się śmiać.

Głośno.

Nerwowo.

Tylko że... nikt się nie śmiał.

Spojrzałam na nich. Siedzieli naprzeciw siebie, wpatrzeni w siebie jak dwa byki przed walką.

— Żartowniś z ciebie — klepnęłam Simona w ramię.

Zero reakcji.

— Kate... on nie żartuje — powiedział cicho Ben.

Serce mi zamarło.

— Jak to nie żartuje? Przecież...

— Pięć milionów dla ciebie, Kate — odezwał się Simon spokojnie. — W zamian za rok twojego życia.

Patrzyłam na niego, jakby mówił w obcym języku.

— Ben, powiedz coś. Wyrzuć go stąd.

Wstałam gwałtownie.

Czekałam.

Czekałam, aż mój mąż wstanie, uderzy go, wyrzuci za drzwi, powie, że nie jestem na sprzedaż.

Ale on...

Siedział.

Ze spuszczoną głową.

Milczał.

— Ben? — mój głos zadrżał.

Spojrzał na mnie.

Przepraszająco.

I wtedy coś we mnie pękło.

— Kate, musisz zrozumieć... — zaczął Simon.

— Zamknij się! — warknął Ben.

— Nie uważasz, że ona zasługuje na prawdę? — ciągnął dalej. — Pytałem cię, co jesteś w stanie poświęcić. Trzy razy. Za każdym razem mówiłeś: wszystko. Ale ani razu nie powiedziałeś, że ona jest najważniejsza.

— Przestań — wyszeptałam.

— Dla ciebie najważniejsze jest to gospodarstwo.

— Zamknij się! — Ben uderzył dłonią w stół.

Ale było za późno.

Za późno na wszystko.

— Myślałam, że jesteś inny — spojrzałam na Simona. — A ty jesteś zwykłym dupkiem.

Głos mi się łamał.

— Jak możesz proponować coś takiego? Myślisz, że jestem rzeczą? Że możesz zapłacić i już będę twoja?

Łzy spływały mi po policzkach.

— Wynoś się. I nigdy tu nie wracaj.

Odwróciłam się do Bena.

— A ty? Powiedz coś. Powiedz, że jestem twoja. Że nigdy byś mnie nie sprzedał.

Cisza.

Tylko cisza.

Simon podszedł bliżej.

Chciał mnie przytulić.

Spoliczkowałam go.

Zamarł.

— Dobrze — powiedział cicho. — Jak chcecie.

Wziął walizkę i ruszył do wyjścia.

— Simon, czekaj.

Ben wstał.

Serce podeszło mi do gardła.

WypożyczonaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz