-Skarbie, to nie jest pierwsza wizyta teściowej w domu, tylko wizyta zapoznawcza z moim rehabilitantem. Nie musisz sprzątać aż tak dokładnie- Andreas z politowaniem patrzył jak Stephan po raz kolejny przeciera blat w kuchni.
-Tak, ale to nie zmienia faktu, że musi być czysto, bo mógłby sobie o nas pomyśleć coś złego. A ty zamierzasz mu się tak pokazać?- Stephan zmierzył swojego ukochanego wzrokiem.
-A co jest ze mną nie tak?
-Na przykład te szorty i bokserka. Ubrałbyś jakąś koszulę chociaż.
-Ty, może garnitur od razu?
Ich dyskusję przerwał dźwięk domofonu. Stephan poszedł otworzyć i poczekać na gościa przy drzwiach.
Andreas postanowił zostać w kuchni, bo panicznie bał się tego spotkania. Wprawdzie był pogodzony z faktem, że Stephan wyjedzie i będzie większość czasu musiał spędzać z tym chłopakiem, ale miał złe przeczucia co do niego.
Andreas usłyszał powitanie i zaproszenie Martina do środka. Z każdą chwilą był coraz bardziej spięty. Zobaczył wysokiego, zielonookiego szatyna, ubranego w czarne spodnie i koszule z rozpiętymi dwoma guzikami pod szyją.
Zignorował swoje obawy, bo Martin wywarł na nim i na Stephanie wspaniałe wrażenie. Był młody, ale doświadczony i widać było, że twardo stąpa po ziemi. Niestety, musieli razem ze Stephanem trochę wejść z butami w jego życie, bo menadżer i klub wymagali kilku informacji.
-Teraz musimy zapytać o kilka rzeczy ze sfery prywatnej. Czu ma pan żonę, dziecko? Musimy to wiedzieć, bo pana praca będzie wymagała obecności tutaj dwadzieścia cztery godziny na dobę i nie chcielibyśmy, żeby cokolwiek pana rozpraszało.
-Nie mam ani żony ani dziecka. Jedyna istota za jaką jestem odpowiedzialny jest mój kot, ale jeśli panowie nie tolerujecie zwierząt, to zostawię go u moich rodziców- odpowiedział.
-Nie mamy problemu ze zwierzętami, więc kotek może być u nas.
-To nawet dobrze bo mój terapeuta mi sugerował posiadanie zwierzaka.
-Polubi pan Maxa, o ile nie przeszkadza panu to, że uwali się na panu i będzie spał przez kilka godzin.
-Może darujmy sobie te uprzejmości i przejdźmy na "ty"- zaproponował Stephan, który zauważył, że Andreas złapał kontakt z Martinem. O to mu właśnie chodziło.
-Więc tak, ja wyjeżdżam za jedenaście dni. Dobrze by było, gdybyś się wprowadził do nas tak dzień przed tym wyjazdem i wtedy byśmy ci wszystko pokazali.
-Jasne, nie ma problemu. W takim razie do zobaczenia.
-Do zobaczenia.
-Cześć!- krzyknął Andreas z kuchni.
Stephan był bardzo pozytywnie zaskoczony tym spotkaniem. Nie spodziewał się, że Martin aż tak przypadnie im obu do gustu.
-Fajny jest, prawda? Wydaje się taki wesoły i dobrze przygotowany do tego, co go czeka- Andreas po raz kolejny w ciągu dnia poruszył temat swojego rehabilitanta.
-Ciągle o nim mówisz. Chyba nie wpadł ci w oko, co?
-Oczywiście, że nie! Po prostu cieszę się, że nie jestem dla niego "Tym piłkarzem", tylko zwykłym człowiekiem.
-Cieszę się, że go polubiłeś. Szczerze mówiąc to byłem gotów odwołać mój wyjazd, gdybyś mi tylko powiedział, że ten facet ci nie odpowiada.
-Na szczęście nie musisz tego robić.
Następnego dnia Andreas musiał przeżyć dwa, niemiłe dla siebie spotkania. Najpierw ze swoim menadżerem, który dosłownie przesłuchał go w kwestii Martina. Wellinger miał wrażenie, że zaraz zostanie zapytany o rozmiar buta i kolor bokserek swojego rehabilitanta. Później miał zaplanowane spotkanie ze Stefanem. Bardzo lubił go jako człowieka, ale pomimo wszystko on był również jego terapeutą, dla którego wszystko było dużo prostsze niż dla Andreasa.
Wellinger czuł się lepiej. Sam to dostrzegał, ale nadal miewał chwile załamania, kiedy mówił sobie, że nie da rady i że to wszystko nie ma sensu. Chociaż próbował, to nadal nie mógł pogodzić się z tym co się stało. Powinien w tamtej chwili grać mecz przeciwko Borussi, a nie siedzieć na tym pieprzonym wózku. Powinien szlifować swoje umiejętności i budować formę, a nie prosić Stephana, żeby podał mu głupi kubek z szafki, bo on sam nie mógł jeszcze stanąć na nogi.
Stefan kazał mu szukać pozytywów. Każdego dnia miał znaleźć jedną optymistyczną rzecz, która w jakiś sposób miała mu pomóc i go zmotywować. Znajdował. Pewnego dnia, kiedy zaprosili rodziców i przyjaciół na obiad, Andreas uświadomił sobie, że ci wszyscy ludzie, którzy właśnie siedzieli przy jego stole, mogli go zostawić po wypadku. Mogli nie chcieć żyć z inwalidą, o którego będą musieli się troszczyć. Nie musieli mu poświęcać swojego czasu, swojej uwagi i dawać swojej sympatii. Jednak robili to z uśmiechem a ustach. Nie mógł sobie wyobrazić co działoby się z nim w tym momencie, gdyby obudził się ze śpiączki, a na korytarzu nie czekali na niego przyjaciele i rodzina. To oni byli jego motywacją do ćwiczeń i powrotu do zdrowia. Jeżeli miał zrobić to dla kogokolwiek innego niż on sam, to tylko dla nich.
-Kurde, nie mam się w co ubrać- Stephan stał przed otwartą szafą i wpatrywał się w swoje ubrania.
-Dobrze, że to zauważyłeś to dwa dni przed wyjazdem, kochanie- Andreas siedział na łóżku i czytał książkę.
-Ej, ja mówię serio. Nie mam żadnych koszul, marynarek. O garniturach i eleganckich butach nie wspominając.
-Weź sobie ode mnie jak chcesz. Ja na razie nie będę z nich korzystał.
-Zwariowałeś? One są na mnie o dwa albo trzy rozmiary za duże, a spodnie za długie. Będę wyglądał jak jakiś idiota.
-Dla mnie nawet w worku po ziemniakach wyglądasz szałowo. A już najbardziej szałowo wyglądałbyś bez tego worka.
-Dobra, dobra. Nie nabiorę się na te twoje przestarzałe śpiewki. Muszę pojechać do centrum handlowego na jakieś zakupy. Jedziesz ze mną?
Andreas po dłuższej chwili namysłu odpowiedział:
-Jadę. Musiałem to przekalkulować.
-I co cię przekonało?
-Że przynajmniej przez chwilę popatrzę sobie na ciebie w garniturze i będę napawał się tym widokiem.
Niestety, zakupy nie przebiegły tak jak by sobie tego życzyli. Andreas pomimo kaptura i ciemnych okularów został rozpoznany podczas zakupów i w ciągu kilku minut zainteresowanie jego osobą zrobiło się na tyle uciążliwe i wręcz niebezpieczne, że obsługa zdecydowała o zamknięciu sklepu, w którym się znajdowali. Kiedy już Stephan kupił to co chciał, ekspedientki zaproponowały im wyjście drzwiami dla obsługi. Udało się dotrzeć do auta i spokojnie odjechać.
-Boże, ja nie wierzę w to co się tam działo. Przecież to był jakiś pieprzony koszmar- Andreas w samochodzie nie mógł powstrzymać emocji, które nim targały.
-Nie denerwuj się, kochanie. No stało się. Nie możesz być na nich zły. Wiesz, klub praktycznie nie podaje informacji o twoim stanie zdrowia, więc nie ma się co dziwić, że kiedy cię zobaczyli i to jeszcze na wózku, to automatycznie chcieli wiedzieć co u ciebie.
-Ale do tego stopnia? Przecież to jest chore. Jest jeszcze gorzej niż jak byłem zdrowy. Wtedy przynajmniej sam mogłem przed nimi uciec i się schować. Teraz nie mogę nic zrobić.
-Andreas, znowu zaczynasz robić to, czego próbujesz się oduczyć ze Stefanem. Proszę w tej chwili znaleźć jakiś pozytywny akcent tego dnia.
-A wiesz, że znajdzie się jeden?- Stephan popatrzył na Andreasa i zobaczył na jego twarzy szeroki, szyderczy uśmieszek.
-Wiem, że pożałuję tego pytania, ale okej. Jaki?
-Podglądałem cię w przymierzalni.
Cześć! Przerwa była, ale nie opuściłam Was :D Jutro zapraszam na nowe ff, pt. 7 roses. Będzie się działo :D
I oczywiście życzę Wam zdrowych, spokojnych i rodzinnych świąt ❤️
CZYTASZ
US
Fanfiction"Jedź, nie mogę pozwolić ci tutaj zostać. Poradzę sobie, a jeśli nie to najwyżej zatrudnimy kogoś, kto będzie mi pomagał". Czy te słowa brzmią jak początek końca? Tak. Kontynuacja "Love Policy" i "Only You".
