Część 3

378 49 29
                                        

Stephan, Karl, Richard i Anna siedzieli na szpitalnym korytarzu, podczas gdy w sali Andreasa trwało badanie. Poustawiane dookoła nich kubki po kawie świadczyły o tym, że żadne z nich nawet na noc nie wyszło ze szpitala.

Nagle drzwi na oddział gwałtownie się otworzyły i oczom całej czwórki ukazał się niewysoki szatyn, który z walizką biegł w ich kierunku.

-Boże, co z nim? Przyleciałem tak szybko, jak tylko mogłem. Jeszcze z przesiadką- Louis ledwie zipał, bo jak się potem okazało nie czekał na windę, tylko biegł schodami.

-Spokojnie, już dobrze. Zaraz na przyjść lekarz z wynikami i powiedzieć czy kiedykolwiek stanie na nogi.

-A jak on się czuje tak psychicznie?

-Jest załamany. Ale nie ma się co dziwić. Przecież to jest jakiś koszmar- Anna znowu była bliska płaczu- Chodź Louis, zawiozę cię do mnie. Zostawisz sobie rzeczy, zjesz coś i tu wrócimy.

Andreas się bał. Bał się tego, co powiedzą mu lekarze. Niestety, musiał się z tym zmierzyć. Poprosił o zawołanie Stephana do sali. Nie chciał być sam.

-Panie Wellinger, nie będę ukrywał, że sytuacja nie jest dobra- po tych słowach poczuł zaciskającą się na jego dłoni dłoń Stephana- Ale nie jest też beznadziejnie- doktor Neumann zdecydowanie nie miał zdolności pedagogicznych i to nie on powinien przekazywać takie informacje.

-A może pan konkretniej? Ja zaraz zwariuję.

-Będzie pan chodził- Andreas musiał poprosić o powtórzenie, bo zdawało mu się, że nie dosłyszał słów lekarza.

-O Boże, naprawdę?! To wspaniała wiadomość!- chciał bardziej dosadnie okazać radość, ale jego ruchy nadal ograniczał między innymi kołnierz ortopedyczny.

-Tak, ale spokojnie. Po pierwsze to zanim pan stanie na nogi miną miesiące, a po drugie to zanim pan wróci do pełnej sprawności będzie potrzebna długa i niestety bolesna rehabilitacja.

-Nieważne. Zrobię wszystko, żeby móc grać.

-Hola, hola. Nie wspominałem o graniu.

-Ja to? Nie wrócę na boisko?

-Tego nie powiedziałem. To wszystko zależy od pana, ale jeśli uda się panu to nie wcześniej niż za dwa, trzy lata.

To już nie była tak dobra wiadomość. W sumie to była tragiczna wiadomość.

-Ej, czemu jesteś taki załamany? Powinieneś się cieszyć, będziesz chodził!- Stephan wyglądał na o wiele bardziej zadowolonego z takiego obrotu sprawy.

-A z czego mam się cieszyć? Że przez tyle czasu nie wejdę na boisko?

-Powinieneś się cieszyć, że będziesz mógł chodzić. Chyba nie chciałeś spędzić całego życia na wózku?

-Nie, całe życie chciałem spędzić na trawie- Andreas zabrał swoją dłoń z dłoni Stephana, co dla bruneta było znakiem, żeby zostawić Andreasa samego.

Na korytarzu nadal siedzieli Karl z Richardem. Tym razem nie sami, bo dołączył do nich Hermann.

-I co? Jezu mów!- Karl prawie krzyczał.

-Będzie chodził- Karl i Richard odetchnęli, a Hermann miał łzy w oczach- Ale o graniu na najbliższe lata może zapomnieć.

-Można do niego wejść?- Hermann chciał w końcu zobaczyć syna.

-Lepiej nie. Potrzebuje być sam.

-Ach tak. No dobrze.

-Trzeba dać mu czas. Nie jest mu łatwo się pogodzić z tym, że dopiero co zaczął karierę, a już prawdopodobnie będzie musiał ją skończyć.

Stephan go rozumiał. Mógł się domyślić co Andreas czuł, bo wiedział jak Wellinger kochał piłkę. Przeżywał to tak samo mocno. Nie potrafił sobie wyobrazić jak będzie wyglądało ich życie. Andreas przez jakiś czas będzie jeździł na wózku, będzie wymagał ciągłej opieki i uwagi. Jak Stephan miał pogodzić zajmowanie się nim z pracą, która była coraz bardziej wymagająca? Jasne, mógł wziąć urlop, ale urlop nie może trwać wiecznie. Nie chciał o tym rozmawiać z Andreasem, bo nie chciał go jeszcze bardziej męczyć.

Wieczorem wrócił do domu. Andreasowi podali silne leki nasenne, bo bez nich nie mógłby liczyć na jakikolwiek odpoczynek. Na adres klubu przychodziły tysiące listów i paczek, które potem były przywożone do ich domu. Stephan nie chciał niczego otwierać, dopóki Andreas nie wróci i nie będzie mógł sam przeczytać słów wsparcia i otuchy od swoich wspaniałych kibiców.

Chociaż w sumie jemu w tamtej chwili też przydałoby się wsparcie i jakiś pieprzony szwadron kibiców. Jak on miał wspierać Andreasa i pomóc przez to wszystko przejść, skoro on sam sobie nie radził. Był bezsilny wobec całej tej sytuacji. Co mógł zrobić oprócz pocieszania Andreasa i opiekowania się nim? Nic.

Andreas nie zasnął. Poprosił pielęgniarkę, żeby tego wieczora nie dawała mu środków nasennych. Potrzebował chwili ciszy i skupienia, bo musiał przemyśleć swoje dalsze życie. A w zasadzie jego wspólne życie ze Stephanem.

Nie mógł od niego wymagać, żeby został z nim i poświęcił mu całe swoje życie i karierę zawodową. Dopiero co zaczynał się spełniać, a teraz nagle miałby to przerwać? Dlaczego? Po to, żeby opiekować się swoim facetem, który jest kaleką? Miałby przestać spotykać się ze znajomymi, bo Andreasowi wstyd byłoby się pokazać ludziom na oczy? Miałby znosić jego i jego ból, z którym Andreas nie potrafił sobie poradzić? Nie było mu to potrzebne w wieku dwudziestu pięciu lat. W tym wieku korzysta się z życia, a nie spędza się je z typem na wózku, który będzie na ciebie przelewał swój żal.

Z drugiej strony Andreas nie chciał go stracić. Skoro zabrano mu już jedną rzecz, którą kochał nie mógł pozwolić na to, żeby teraz zabrać mu sens życia i jedynego człowieka, który mógł mu w jakikolwiek sposób pomóc.

-Boże, nie sądziłem, że kiedykolwiek to tobie będę zwierzał się z moich związkowych problemów- powiedział Andreas do Hermanna, który jako pierwszy rano pojawił się w szpitalu.

-Nawet nie masz pojęcia jak się cieszę, że to ze mną rozmawiasz. Nie byłem z tego związku zadowolony, ale wy się naprawdę kochacie. Myślisz, że Stephan teraz będzie chciał cię zostawić? Przecież przeszliście razem już tyle złego. To rozstanie na trzy lata, Michael i reszta. A jednak jesteście ze sobą tyle czasu. To musi coś znaczyć.

-Tato, to nie chodzi o to. Ja wiem, że on mnie nie zostawi.

-Więc o co chodzi?

-O to, że ja nie chcę na niego zrzucać tego wszystkiego, co właśnie spadło na mnie. Nie chcę, żeby on się tak dla mnie poświęcał, bo naprawdę nie jestem tego wart.

-Czyli ty chcesz go zostawić?

Hermann milczenie Andreasa uznał za odpowiedź twierdzącą.

-No chyba sobie żartujesz. Ten chłopak świata poza tobą nie widzi. Wie, że będzie ciężko, ale wie też, że razem dacie sobie z tym radę. Skoro ani ja ani cały świat przeciwko wam nie był w stanie was rozdzielić, to dlaczego sądzisz, że twoja choroba da radę?

-Ale to nie jest jakaś pieprzona grypa, którą przeleżę i po tygodniu mi przejdzie. To jest wózek inwalidzki.

-Czemu się poddajesz?

-Nie poddaję się.

-Owszem, poddajesz. Myślisz, że zawsze będziesz jeździł na wózku, a lekarz ci powiedział, że to tylko przez jakiś czas.

-Nie będę mógł grać.

-Ale to nie jest na zawsze. Masz dla kogo walczyć o zdrowie. Masz mnie, matkę, przyjaciół, kibiców, kolegów z klubu, a co najważniejsze jego. Może pomyśl o Stephanie, co? Daj z siebie wszystko i wyzdrowiej dla niego. Będziesz szczęśliwy, jeśli wrócisz na boisko, tak? To teraz pomyśl jaki on będzie szczęśliwy, kiedy i ty będziesz. Chyba dla niego warto się postarać?

-Dla niego warto zrobić wszytko.

USOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz