Harry po wydarzeniach z dnia meczu quidditcha dwie kolejne doby wolne od zajęć przywitał z niesłychaną ulgą. Przez całą sobotę starał się wmówić samemu sobie, że nie ma to nic wspólnego z Malfoyem - napięte stosunki między nimi były tak naturalne, iż właściwie zdziwiłby się bardziej, gdyby było inaczej. A jednak to czego był świadkiem tamtego wieczoru było w jakiś sposób inne, bardziej osobiste, co powodowało u niego irracjonalny strach. Wiedza potrafiła przytłaczać, a on jak nikt inny wiedział aż za dobrze do czego jest zdolny wściekły ślizgon.
Nie wiedział, czego tak właściwie się obawiał - cięte słowa nie stanowiłyby żadnej nowości, a głupie żarty oraz intrygi spowszechniały mu do tego stopnia, że nauczył się je ignorować. Tak przynajmniej lubił sobie wmawiać, bo Malfoy aż za często udowadniał mu w jakim błędzie żył, przekonując samego siebie, że nic go jego słowa nie obchodzą. W rzeczywistości dawał się sprowokować jak dzieciak, co nigdy nie miało dobrych rezultatów - zwłaszcza dla niego.
Potrząsnął głową, przyłapując własne myśli na którymś z rzędu umykaniu w niewłaściwe kierunki. Zadręczanie swoich szarych komórek powinien poświęcić masie innych rzeczy, chociażby tak banalnych jak monolog Hermiony, która zdzieliła go książką po głowie widząc na jego twarzy mętne spojrzenie i rozchylone usta, tworzące mało inteligentną minę. Rzucił przyjaciółce przepraszający uśmiech, na co wywróciła oczami i wróciła do opowieści o dziejach Hogwartu, podobno mającej przydać się na którychś z niedalekich zajęć.
- Hagrid prosił, żebyśmy odwiedzili go poniedziałkowych zajęciach - dopiero imię gajowego zdołało przyciągnąć jego uwagę na tyle, by wzrok stał się przytomny, a on mniej rozkojarzony. Z wielkim, brodatym mężczyzną łączyła go specyficzna relacja, nie mająca nic wspólnego z więzami krwi, a jednak do złudzenia przypominająca rodzinną zażyłość. Sama wzmianka o Hagridzie wywoływała w nim dziwne ciepło, wskutek wszystkich wspomnień i poświęceń, które uczynił dla trójki wówczas jeszcze nieporadnych pierwszoroczniaków. Chatka stojąca na obrzeżach Zakazanego Lasu jawiła mu się jako bezpieczna przystań, w której mógł ukryć swoje wątłe ciało i najgłębsze zmartwienia, a także porozmawiać z przyjacielem i poczęstować się czerstwymi słodkościami. Czasami długie tygodnie nie udawało mu się tam zaszyć przez natłok nauki lub rozmaitości innych problemów, ale mimo to - ciepło kominka i wesoły pysk Kła zawsze witały go z tą samą radością.
Dopiero później poczuł ukłucie niepokoju, bo Hagrid nie narzucałby im się bez konkretnej przyczyny. Miał nadzieję, że starszy gajowy najzwyczajniej w świecie zatęsknił za ich beztroskimi pogawędkami. Oczywiście, nie wahałby się ani chwili, gdyby potrzebował pomocy, a jednak nie chciał, by cokolwiek niepokoiło jego włochatego przyjaciela.
- Myślisz, że chce powiedzieć nam o czymś związanym z... no... - zająknął się, ale Hermiona nie potrzebowała wielu słów, aby zrozumieć co miał na myśli. Z poważną miną wzruszyła ramionami, ale zmartwiony błysk w jej orzechowych oczach nie umknął jego uwadze.
- Zobaczymy w poniedziałek. A teraz, na Merlina, skup się, Harry!
Okazało się, że wszystkie obawy zaprzątające umysł Harry'ego przez ostatnie dwa dni były zupełnie niepotrzebne. Malfoy nie pojawił się na żadnych z ich wspólnych zajęć, gryfon nie zauważył go również wśród innych ślizgonów w porze posiłków. Profesorowie nie wydawali się zadowoleni, gdy odnotowywali tą osobliwą nieobecność, ale żaden z nich nie powiedział na ten temat ani słowa. Zdążył wysnuć mnóstwo skrajnie nieprawdopodobnych i idiotycznych teorii, nim dotarło do niego, iż Malfoy oprócz bycia czystej krwi czarodziejem był również człowiekiem - co oznaczało, że mógł gorzej się poczuć lub zwyczajnie rozleniwić. Zbył owe myśli wzruszeniem ramion. Samopoczucie ślizgona nie leżało w jego interesie.
CZYTASZ
unknown pleasures ; drarry
FanfictionHarry Potter pokonał Voldemorta, ale pojmanie wszystkich jego popleczników w chaosie po bitwie okazało się znacznie trudniejsze. Nie zamierzają wycofać się w cień, z wciąż żywą nienawiścią i pragnieniem zemsty - a on znajduje sojusznika w osobie po...
