III.2.

577 48 14
                                    

Mój mąż już spał. Chyba dał sobie spokój z czekaniem na mnie. I może dobrze, bo Kajetan skutecznie zmienił mi nastrój, nawet jeśli nie kochałam się z mężem od ponad miesiąca. Poza tym został jeszcze jeden dzień pracy w tym tygodniu i przeczuwałam, że wcale nie będzie lekki. Naprawdę miałam nadzieję, że uda nam się chociaż spędzić ze sobą weekend, choć wcale nie chodziło mi o to, żeby Hubert wywoził nasze dzieci do dziadków. Liczyłam, że uda nam się pogodzić bycie rodzicami i rodzinny weekend z dziećmi z potrzebą bliskości i spędzeniem czasu tylko we dwoje. Nasze dzieci przecież kładły się spać dość wcześnie.

W piątek rano obudziłam się nawet przed budzikiem. Przyszykowałam Kajtka do przedszkola, a Hubert złapał mnie w kuchni.

– Może jednak zawiozę ich dziś do rodziców? – spytał ponownie.

– Kochanie, nie chcę znowu pozbywać się dzieciaków. Dawno nie spędziliśmy całego weekendu razem – przypomniałam mu. – Może poszlibyśmy z dziećmi do zoo? Wiesz, jak Kajtuś uwielbia zwierzęta. – To była prawda. Nasz syn był fanem wszystkiego na czterech nogach, a jeśli miało ciekawe umaszczenie, rogi, kły lub trąbę i wydawało dźwięki, to tym lepiej.

– Spędzilibyśmy weekend razem, gdybyś nie pracowała od pierwszego do trzeciego maja – wyrzucił mi. To był cios poniżej pasa.

– To nie ja ustalam zasady tej gry – przypomniałam mu – ale moja praca polega na tym, żeby ktoś w nią wygrał. Ten ktoś, kto mi płaci.

– Myślałem, że oszaleję wczoraj wieczorem, kiedy zostawiłaś mnie w tym stanie i poszłaś usypiać Kajtka – sapnął mój mąż, prowokując mnie wzrokiem.

– Nie wiem, co mam ci na to odpowiedzieć. Przecież nie mogłam go zostawić w tym stanie. Obudziłby całe osiedle.

– Wiem, ale czasem strasznie mnie to frustruje.

– Co?

– No wiesz... że zawsze jest ktoś ważniejszy ode mnie – wydusił, patrząc na swoje stopy. Nie chciało mi się wierzyć, że mój mąż jest takim dużym dzieciakiem. – Zazdrosny o dziecko...

– To nasz syn. Nie byłoby go, gdybyśmy się nie kochali. – Naprawdę miałam to na myśli. Nigdy w życiu nie uprawiałam seksu bez miłości. Wiem, że Hubert miał kiedyś do tego inne podejście, a dokładniej w czasach, kiedy był już zawiedziony pierwszym małżeństwem i nie znał jeszcze mnie, ale ja nie umiałabym aż tak oddzielić serca od ciała.

– A może nie byłoby go, gdyby nie pękła ta gumka – przypomniał mi. – Jak on śmiał? To była tak samo jego wpadka, jak moja. Przypadek zdecydował. Jakoś żadne z nas się wtedy tym nie przejęło. To nie był środek cyklu, a Hubert wycofał się szybko. Dopiero kilka tygodni później, kiedy się okazało, że jestem w ciąży, dotarło do nas, że stało się coś nieodwracalnego.

– Żałujesz tego? – spojrzałam na niego w wyrzutem.

– Nie, po prostu stwierdzam fakt.

– A zabrzmiało, jakbyś chciał cofnąć czas. – Hubert zrobił głupią minę i wyszedł z kuchni, a ja, wkurzona, zacisnęłam dłonie w pięści. – Jeszcze tego brakowało, żeby wypominał mi Kajetana – pomyślałam.

Poszłam za nim. Akurat ubierał naszego syna do przedszkola, to znaczy zakładał mu bluzę i buty.

– Idę do pracy – rzuciłam tylko, kładąc torbę z rzeczami Kajtka w przedpokoju. Hubert nawet nie podniósł na mnie wzroku. Włożyłam szpilki, żakiet i wzięłam torebkę, a potem zamknęłam za sobą drzwi, przeklinając pod nosem. Nie śmiałabym tego zrobić głośno przy dzieciach. Zawsze się powstrzymywałam przed głośnym przeklinaniem. W zasadzie, sama nie wiedziałam czemu...

W pracy miałam taki zapiernicz od rana, że nawet nie zauważyłam, kiedy przyszło południe. Byłam głodna, zmęczona i marzyłam tylko o przerwie, ale właśnie do mojego biura wpadła Dorota z przejętą miną:

– Centrala KKS* na linii – powiedziała do mnie, podając słuchawkę.

– A marszałek?

– Nie ma go w biurze i nie mogę do niego przełączyć, bo komórkę ma poza zasięgiem. Musisz odebrać, to pilne – stwierdziła. Nie pozostało mi nic innego, jak posłuchać. Znowu zaklęłam pod nosem. Całe szczęście, że Dorota już zdążyła wyjść z mojego biura. Po chwili jednak odbierałam telefon z najczystszym profesjonalizmem w głosie:

– Marlena Zawiślak, asystentka marszałka Krawczewskiego, słucham?

– Konwencja Krajowa Samorządowców. Pani Marleno, jak dobrze, że to pani... – w słuchawce usłyszałam westchnienie i już wiedziałam, kto dzwoni.

– Panie Wojtku, w czym mogę panu pomóc?

– Proszę nie pytać – zachichotał – bo zaraz znalazłbym mnóstwo takich spraw. – Wojciech Natali zawiesił na chwilę głos, dając mi czas, żebym przewróciła oczami i w myślach zwyzywała go od zbereźników. Tak, żebyście wiedzieli... Tyle niemoralnych propozycji, co od niego, nie otrzymałam w życiu od nikogo. Co najgorsze, facet był chodzącym ideałem. Przystojny, z włoskimi korzeniami, inteligentny, zrobił oszałamiającą karierę w polityce i ciągle był oficjalnie singlem... Mój radar na kłopoty jednak przy nim zawsze piszczał jak szalony. – Ale teraz to poważne, muszę skontaktować się pilnie z marszałkiem Krawczewskim – głos rozmówcy wyrwał mnie z zamyślenia.

– Postaram się go zlokalizować. Proszę mi jednak chociaż przybliżyć temat.

– Jutro Krawczewski ma być w Warszawie. Nie wiem, jak tego dokonacie, ale nie ma nawet opcji, żeby się nie pojawił – powiedział, a mi na moment stanęło serce. – Ale jak to? Znowu weekend w pracy?

– A powie mi pan, co to będzie za wydarzenie? Na którą? Gdzie ma się pojawić? Nie wiem czy mam szukać mu samolotu na ostatnią chwilę, czy zamawiać kierowcę z autem służbowym dla szefa...

– Nie jemu, tylko wam, Marleno – odpowiedział Natali tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Z tego co wiem, kieruje pani jego kampanią wyborczą. – Niestety, chciałoby się powiedzieć w takich chwilach. – Nie mogłam jednak tego powiedzieć głośno.

– Oczywiście – odpowiedziałam, wypuszczając powietrze z płuc z głośnym świstem.

– Krawczewski ma szczęście, jak łysy koń, że na panią trafił – stwierdził wtedy mój rozmówca. – Proszę spowodować, żeby zadzwonił do mnie jeszcze dziś i koniecznie dać mi znać, gdzie się zatrzymacie.

– Jak to „zatrzymamy"? To sprawa na dłużej? – spytałam z przerażeniem, którego nie mogłam się pozbyć z głosu, zaskoczona tak, jak on mnie zaskoczył.

– Konwencja kończy się w niedzielę po południu, więc tak – odparł bez cienia emocji. – Kurwa, ja pierdolę!

– Oczywiście, marszałek zadzwoni do pana, jak tylko go znajdę. Do widzenia – pożegnałam się i rozłączyłam, kiedy tylko po drugiej stronie usłyszałam, jak rozmówca pieści się z tym samym zwrotem. „Do widzenia, pani Marleno".

Wstałam gwałtownie od biurka, żeby oddać telefon Dorocie, ale nagle zrobiło mi się słabo i zakręciło się w głowie. Znowu usiadłam. – Cholera, przecież na nic nie jadłam ani nie piłam od kilku godzin – przypomniałam sobie.



*Konwencja Krajowa Samorządowców – partia polityczna wymyślona na potrzeby tej historii, ale, jeśli ktoś choć trochę zna się na polityce, domyśli się, o co chodzi ;-)

LOVE COACH. Trenerka miłościOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz