Chcę wrócić do siebie

4.5K 141 3
                                        

Dziś trochę krócej, niektóre wątki wymagały rozwiązania a gdybym wrzuciła bankiet zapewne wyszła by długa część ;) Jeszcze kilka publikacji i koniec! Nie wiem jak to wyjdzie, ale postaram się skończyć w tym miesiącu. Miłego czytania XX

Wysoka blondynka ostatni raz przeczesała suche już włosy, przyjrzała się sobie w lustrze i niczym nie przypominała dziewczyny sprzed paru miesięcy. Zamiast radosnego spojrzenia, smutne czarne oczy i schudła na twarzy, nieustający stres wpłynął na nią bardziej niż chciała przyznać. Poranna rozmowa z terapeutką ukazała jak wiele rzeczy trzeba przepracować, obiecała sobie pójść na terapie. James przyjechał po nią zgodnie z obietnicą, zabrał do siebie nie chcąc nawet słyszeć o powrocie do jej mieszkania. Była wdzięczna za to co zrobił. Wyszła z gościnnej łazienki zmierzając ku salonowi, skąd dochodził zapach kawy. Brunet rozładowywał właśnie zmywarkę, a wyraźnie zarysowane mięśnie ramion świetnie uwydatniała czarna dopasowana koszulka. Trochę bała się jego reakcji na nią, wiedziała od Roco o filmie, obydwaj widzieli go dzięki uprzejmości policjanta dokonującego zatrzymania. Musiał wyczuć obecność Elizabeth lub zdradził ją Ramzes głośno mrucząc podczas ocierania o łydkę kobiety.

- Lepiej? – zapytał zamykając drzwi urządzenia, nawiązywał do kąpieli która niedawno odbywała.

- Śmierdziałam szpitalem – mruknęła siadając na kanapie. Ekspres oznajmił zakończenie pracy, chwycił za kubek przynosząc go Elizabeth. – Dziękuję.

- Proszę – usiadł obok. – Rozmowa z psychologiem poszła dobrze?

- Wzięłam od niej wizytówkę, umówię się na parę sesji, nie wiedziałam że w ogóle będzie to potrzebne – westchnęła chowając twarz w dłonie. Poczuła dłoń gładzącą plecy kiedy rozległ dźwięk dzwonka.

- Obiecuję dokończymy rozmowę, lecę dopiąć ostatnie szczegóły bankietu bo jutro nie będzie już na nic czasu. Do wieczora – delikatnie musnął czoło kobiety. Wstał śledzony przez zaskoczoną parę czarnych oczu. Przeszedł do drzwi otwierając je na oścież, przywitał gościa i przepuścił niską rudą kobietę do mieszkania, a sam wyszedł posyłając Elizabeth uśmiech.

Nie potrafiła wstać z miejsca, nawet nie wiedziała jak miała mu w przyszłości podziękować za to co dla niej robił. Musiał naprawdę o nią dbać skoro sprowadził tu Katie, coraz bardziej zaskakiwał ją jej własny szef.

- Lizzy... Ja.... – zaczęła dukać kobieta. – Carrington, on powiedział mi... Kurwa Lizzy – rozpłakana podbiegła do niej przytulając z całej siły. Elizabeth od razu poczuła dobrze znany zapach piwonii, którymi zawsze pachniała. Tak bardzo tęskniła za tym, równie mocno przytuliła przyjaciółkę również wybuchając szlochem. – Wybacz mi, byłam taką egoistką – siedziały tak prawie dwadzieścia minut zanim obie uspokoiły oddechy. – Przepraszam, że ci nie pomogłam... Zazdrościłam udanego życia, a tak nie zachowuje się prawdziwy przyjaciel.

- Cicho, ważne że jesteś teraz – blondynka otarła rękawem bluzy łzy.

- I jeszcze to ja cię zachęcałam do randek z nim, matko taka ze mnie idiotka. Tyle razy zapewniał o dobrych zamiarach, opowiadał o tobie niczym o miłości życia. Chciałam dobrze, potem wszystko się spierdoliło...

- Katie o co właściwie w tym wszystkim chodzi, jaka zazdrość? To ja powinnam od zawsze być zazdrosna o szczęście jakie masz z Mattem jak już – ruda opuściła spojrzenie na własne dłonie. – Katie...

- Nie chciałam cię martwić, od kilku lat mówiliśmy o powiększeniu rodziny. Matt bardzo pragnął dziecka, zresztą ja też. Starania nie dały efektu, Matt miał świetne wyniki. Uznaliśmy, że odłożymy to na bok- wyjdzie to super. Mnie Lizzy ciągle męczyła myśli o tym, przeszłam serie badań u kilku lekarzy. Wszyscy wydali jeden osąd – jestem bezpłodna, nie mogę urodzić dziecka – Elizabeth objęła ją mocno.

-Zdrada Matta? – wątpiła teraz by coś takiego miała miejsce, nie mogąc wypowiedzieć słowa tylko zaprzeczyła. – On nic nie wie... Katie ten facet oddałby za ciebie życie, zasługuje na prawdę.

- Przepraszam, czułam że moje życie straciło sen...

- A ja narzekałam na „idealny" związek – Elizabeth wstała po chusteczki leżące na stole, James pomyślał o każdym szczególe. – Milczenie o problemach tylko pogarsza sprawę.

- Nie pierdol... - roześmiały się obie. – Teraz twoja kolej.

Pożegnała Katie tuż przed siódmą, rudowłosa zdążyła minąć się z Carringtonem dziękując mu za nocną wizytę. Elizabeth namówiła przyjaciółkę by porozmawiała z Mattem, za dwa dni powinien wrócić na stałe obejmując stanowisko kierownika szkoleń z psychologii w Londynie. Kobieta uknuła idealny plan by skonfrontować tę dwójkę u siebie w mieszkaniu. To pozostawało kolejną kwestią do załatwienia, zagrożenie minęło, chciała odzyskać normalne życie oraz równowagę. Do tego nie wiedziała kompletnie na czym stoi z Jamesem, wieczór zapowiadał się długi.

- Dziękuje za to co zrobiłeś – rzekła nim dobrze wszedł do mieszkania.

- Nie ma za co, też byś to dla mnie zrobiła – ustawił przed nią reklamówki z jedzeniem. – Kupiłem kolacje, słyszałem że zamawiałyście obiad także mamy po sałatce z łososiem – z wdzięcznością przyjęła opakowanie. – Nie będę wnikał w wasze sprawy, ale jest okej?

- Nawet lepiej – uśmiech wypłynął na usta blondynki.

- Brakowało mi go – w ciszy skończyli posiłek. Odczuwali pewne napięcie rosnące w pomieszczeniu. – Wywal to Lizzy, zaraz zwariuje od tego spojrzenia.

- Chcę wrócić do siebie – powiedziała jednym tchem. Brunet zacisnął szczękę wstając bez ostrzeżenia, podszedł do barku nalewając whisky w dwie szklanki.- Normalność dobrze nam zrobi – chwyciła niepewnie naczynie, które podał mężczyzna. Sama nie wiedziała o czym myśli ten pełen sprzeczności człowiek, nie zdołała oderwać wzroku od tej przystojnej twarzy nawet na sekundę. Pragnęła samodzielności, a jednocześnie marzyła by zatrzymał ją przy sobie. – Powiedz coś proszę... - jęknęła.

- Preferujesz ucieczkę, co mam mówić? – warknął. Nie wytrzymując długo odstawił pustą szklankę i wyszedł w kierunku sypialni. Nie zatrzymał się nie dźwięk swojego imienia, wolała go zostawić niż spróbować. Najchętniej poszedłby na siłownię zostawić tam złość, lecz cichutkie kroki nie dały mu drogi ewakuacji.

- Carringoton mówię do ciebie! Zachowujesz się jak uparty dupek – na te słowa odwrócił się gwałtownie do wściekłej blondynki. Policzki ze złości nabrały różu, a oczy ciskały iskrami – nie widział chyba jeszcze bardziej seksownej istoty w całym życiu.

- Przynajmniej nie jestem pierdolonym tchórzem – odgryzł się natychmiast.

- Co?! Mam własne mieszkanie, to normalne że w nim mieszkam!

- Oczywiście Castelli...

- Jak ty mnie wkurwiasz! Nigdzie nie uciekam od ciebie, rozumiesz głąbie? Dalej powinniśmy się spotykać... o ile po tym wszystkim... - zmarszczył brwi nie za bardzo rozumiejąc tok myślenia kobiety.- Widziałeś nagranie, słyszałeś te słowa... Nie tknął mnie, pomimo tego nie... - nie dokończyła czując zaborcze wargi na swoich ustach, oddała pocałunek z jeszcze większą gorliwością.

- Kurwa wystarczy, że otworzysz te diabelskie usta a ja już jestem gotów paść do twoich stóp wariatko – powiedział odsuwając się na chwilę.- Nie zamierzam spać bez tego ponętnego tyłka obok, także odśwież mieszkanie wstawiając wygodne łóżko.

- Nie lubię cię Carrington – roześmiała wróciła do jego ust, czując jak napiera by szła w kierunku łóżka.

- Zaraz zmienisz zdanie diablico.

Tego wieczoru nie skończył aż nie usłyszał wielu jęków uwielbienia.


High heelsOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz