10. Najcenniejszy lek

1.7K 39 18
                                        


    Sammie tak jak obiecała spędziła ze mną cały weekend, mimo, że nie sądziłam by siedzenie wraz z nią w domu mi pomogło, to cholernie się myliłam. Czas z przyjaciółką okazał się być cenniejszy niż jakaś pierwsza lepsza impreza i litry wódki. Prawdziwym plastrem na mój strach były komedie romantyczne które tak kochała Sammie i masa słodkości które przywiózł nam Justin. 

 Nadszedł poniedziałek, a my dalej siedziałyśmy w moim domu. Blondynka jeszcze dziś zrobiła sobie wolne od szkoły a ja postanowiłam przez kilka dni nie chodzić do niej wcale. Musiałam ochłonąć od wydarzeń z ostatnich dni. 

 Rano zeszłyśmy z przyjaciółką do kuchni by zjeść śniadanie. W całym domu unosił się zapach naleśników i świeżo zmielonej kawy.

-Dzień dobry- uśmiechnęła się Sally widząc nas. 

-Dzień dobry!- odpowiedziała radośnie blondynka.

 Przy wyspie kuchennej siedziała również Violet, która wpatrywała się w telefon popijając kawę, a przed nią, stał wazon z wielkim bukietem białych piwonii. 

-Ale piękne- podeszłam bliżej by poczuć ich delikatny zapach. 

-Są dla Ciebie- odparła gosposia. 

-Dla mnie?- zdziwiłam się.

-Kurier przyniósł je jakoś godzinę temu. Jest jakiś liścik ale nie chciałam czytać.

 Poszukałam liściku między kwiatami, otworzyłam go i przeczytałam.

   "protegam te ab omni malo mundi"

Nie rozumiałam nic więc skrzywiłam się lekko wpatrując się w malutki kawałeczek papieru. 

-I co? Od którego to wielbiciela?- zaśmiała się moja przyjaciółka. 

-Nie wiem- wzruszyłam ramionami.- Nic nie rozumiem. 

 Sally podeszła do mnie od tyłu i wzięła kartkę w dłoń.

-To proste kochana- uśmiechnęła się.- To po łacinie. 

-Łacinie?

-Tak- kiwnęła głową.- Ktoś napisał Ci, że będzie bronił Cię przed światem. 

-Ciekawe kto taki- Sammie wpatrywała się we mnie.

-Nie mam pojęcia- mruknęłam siadając obok niej. 

 Zamiast jeść w spokoju posiłek wpatrywałam się w kwiaty leżące blisko mnie. Zastanawiałam się kto mógłby wysłać mi kwiaty i kto napisałby liścik pisany łaciną.  Sammie podsunęła mi pod nos talerz z naleśnikami nakazując mi jeść. Chwilę później dołączył do nas Alex, a Violet wyszła do pracy. Mój brat siedział w ciszy i przeglądał coś na telefonie. Nie ruszył nawet kęsa z leżącego przed nim śniadania. 

-Zjedz coś- nakazałam.- Będziesz głodny w pracy.

-Spokojnie, mogę poprosić kucharza żeby zrobił mi coś do jedzenia.

-Co takiego ciekawego robisz na tym telefonie?- zaśmiała się Sammie odkładając szklankę na blat. 

-Piszę z Forestem- odparł.- Jest chory i chciał żebym podrzucił mu jakieś zakupy po pracy.

-Po pracy? Przecież kończysz późno- odparłam. 

-Tak, ale nie ma kto mu ich zawieźć. Becky jest z babcią w szpitalu w Chicago, a Chris pojechał z rodziną na ryby. 

-Ja mogę mu zawieźć zakupy- zaproponowałam.- I tak jestem mu winna przysługę za to, że przyjechał. 

-Wcale nie jesteś mu nic winna- skrzywiła się blondynka. 

Change meOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz