Kolejny dzień był również ciężki emocjonalnie. Zjawiła się moja jedyna osoba z rodziny. Babcia Clara była z tych osób, które niby się opiekują, ale to jest jakby z przymusu. Średnio pamiętam te pół roku u niej, ale nie było to na bank nic istotnego skoro tego nie zapamiętałem.
Natychmiast rzuciła się na mnie, przyciągając mnie do uścisku. Zaczęła płakać, wtulając się w moją szyje, gdy jedna jej ręka gładziła moje tłuste włosy, a drugą głaskała mnie po plecach. Nie przekonywało mnie to. Owszem, została mi tylko ona z mojej popieprzonej rodziny, ale wolałbym chyba już nie mieć nikogo. Słyszała diagnozę, widziała wózek, wiedziała, że nie mogę mówić, ale nie, ona musiała spróbować. Nie wiem czy słyszałem kiedyś, coś bardziej żenującego.
- Louis, naprawdę nie możesz mówić, skarbie? To ja twoja babcia.- spojrzała na mnie jak na jakiegoś wariata.
I co ona sobie myślała, że nagle magicznie zacznę wydobywać z siebie dźwięki. Gdyby tak było nie zostałaby tyle czasu ze mną tamtego dnia, mój cięty język nie pozwoliliby na to. Moja psychika była na skraju wytrzymałości. Jedynie Liam potrafił ją jeszcze okiełznać. Dusiłem się tym wszystkim.
Kolejne dni wyglądały tak samo. Rutynowe badania, odwiedziny Liama, szukanie głębszych przyczyn mojej niemowy. Jedynym plusem, o ile coś takiego było możliwe w tamtym momencie było to, że moje dłonie zaczynały odzyskiwać sprawność. Dzięki pomysłowi przyjaciela zacząłem powoli pisać co chce powiedzieć i jakkolwiek mogłem porozumieć się z tym zjebany światem, będąc nadal warzywem. Kolejne próby podjęcia mówienia kończyły się fiaskiem, a ja coraz bardziej traciłem nadzieję na cokolwiek.
Dnie przeplatały się z nocami, jasnozielone ściany zaczynały być moim drugim domem, a zapach szpitalny coraz mniej drażnił mój nos. W kolejnych dniach przydzielili mi jakiegoś chłopaka w moim wieku na salę. Nie byłem już sam, ale co mi z tego. Chyba bym jednak wolał.
Farbowany blondyn doprowadzał mnie do szału. Ciągle paplał swoją jadaczką, a przez to, że nie mogłem powiedzieć mu nawet, żeby w końcu się zamknął i dał mi dalej wegetować, załamywałem się jeszcze bardziej. Ciągle siadał koło mojego łóżka i opowiadał mi o swojej chorobie. Mukowiscydoza faktycznie nie była za ciekawa, ale na boga nie równała się z moją tragedią.
Z drugiej strony skąd on miał to niby wiedzieć, więc siłą wyższą byłem zmuszony go słuchać. Nie chciało mi się nawet pisać mu na kartce, mimo że ciągle mi je podsuwał pod nos, czekając na odpowiedź. Zazwyczaj oburzony zrzucałem je na ziemię, ale on nie odpuszczał.
Chcąc, nie chcąc byłem tam sam. Liam przychodził coraz rzadziej, tłumacząc się nauką przed maturą. Babci nie widziałem od tamtego dnia. Byłem zmuszony "odezwać się" do niego. Nie mogłem już tak dłużej.
- I jak ci mija dziś dzionek, stary? - uśmiechnął się. siadając przy moim łóżku. z jakimś dziwnym urządzeniem na swoim ciele.
- Gdyby nie ten wózek, uciekłbym stąd. - napisałem, gdy po raz kolejny został mi podsunięty pod nos notatnik.
- O boże! Napisałeś coś do mnie! Jak się cieszę. Myślałem, że umrę tutaj samotnie. - krzyknął, rzucając się na mnie do uścisku.
Przygniótł mnie wręcz swoim ciałem i to był chyba jedyny moment, w którym cieszyłem się, że nie czuję częściowo od pasa w dół. Jak się okazało był Irlandczykiem i specjalnie tutaj przyjechał na leczenie.
Kolejne dni leciały jak szalone, a z dnia na dzień przestało mi przeszkadzać to jego paplanie i można by rzec, że nawet się przyzwyczaiłem.
- Kurcze moje płuca mnie dziś zalewają, stary. Tyle flegmy nie miałem od bardzo dawna. Mówię Ci utonę we własnej ślinie. - zaczął się śmiać. chwytając moją dłoń.
- Nie próbuj dziś mnie tym męczyć! Nie chce oglądać dziś twoich wydzielin i porównywać ich kolorów, serio. - napisałem przewracając oczami, po czym oddałem uścisk dłoni.
Sprawność w dłoniach wróciła już wtedy całkowicie. Pisanie zamiast mówienia stało się moich chlebem powszednim. Nadal czułem jak umieram w środku. Takich wydarzeń nie da się wyrzucić od tak z głowy. Niall bo tak się nazywał, mimo choroby, którą miał wszędzie rozsyłał uśmiech. Zupełne przeciwieństwo mnie. Nie rozumiałem go naprawdę, był bardzo specyficzny.
Najgorsze uczucie?
Widzieć kochająca rodzine, która wspiera swoje dziecko, gdy sam nie miałeś nawet na to szansy.
Wizyty państwa Horanów, były tymi wizytami, które chciałem wyrzucić ze swojej głowy. Nie potrafiłem pogodzić się z tym uczuciem bezsilności, a jednocześnie zazdrości. Obdarzali go takim uczuciem, o którym mogłem tylko sobie pomarzyć.
Zazwyczaj ulatniałem się w takich chwilach, powoli galopując na swoim pieprzonym składaku, gdzieś poza nasza salę. I tak, była już jakby nasza, bo spędzając tam dwa miesiące przywłaszczyłem ją sobie.
CZYTASZ
By my side || Larry
FanfictionPIERWSZA CZĘŚĆ - POV LOUIS "Jako jedynak powinienem być przepełniony miłością, czyż nie? Miłość powinna wypływać z każdego kawałka mojego ciała. Powinien jej dostać aż w nadmiarze. Nie, żebym nigdy nie chciał i nie, żebym nigdy nie potrzebował, lec...
