Rozdział 28 - Freedom

144 20 71
                                        

Życie bywa przewrotne. Kolejny miesiąc zleciał w mgnieniu oka. Dalej spotkaliśmy się w jego mieszkaniu. Relacja opiekun - osoba niepełnosprawna zdawała się zanikać z każdym kolejnym dniem. Widzieli to, jestem tego pewien. Każdy, gdy był zakochany, choć raz widział ten żar w oczach dwóch zakochanych w sobie osób. Nie szło tego ukryć za żadne skarby.

Było już późno. Strasznie kręciłem się na łóżku, które nie było tak wygodne jak te jego. Zbliżała się godzina dwudziesta, co świadczyło o tym, że Harry niedługo kończył zmianę. Zawsze przychodził się pożegnać, tak było i tym razem.

Wszedł do pokoju z tą swoją całą burzą loków i błyszczącym spojrzeniem. Z kilometra było widać tą radość rozpierającą jego twarz. Dołeczki pojawiały się zawsze i były jeszcze bardziej widoczne niż dla innych, gdy byłem w pobliżu. Czułem się kochany, wiecie? Miłość przepełniała mnie całego, jedynie ten wózek zaczął mi poważnie wadzić. 

Przymknął drzwi i podszedł do mnie, przytulając mnie w szczerym uścisku. Moja głowa spoczywała na jego klatce, a dłonią delikatnie gładził moje włosy. Wtem kucnął przy mnie, jak zwyczaj miał robić.

- Nie musiałbyś tego robić, gdybym nie był kaleką. - powiedziałem, nagle poirytowany. 

- O czym ty mówisz, Louis? To tylko wózek, nie przeszkadza mi w niczym, przecież wiesz. - odpowiedział zaskoczony. 

- Tylko wózek, mówisz? Może dla Ciebie. Ja mam go dość. Nie możemy żyć jak normalna para. Bujam się na tym wózku i nie mogę zrobić podstawowych rzeczy, nie wspominając o tych łóżkowych. Nawet nie mogę uklęknąć! To beznadziejne, Harry! - krzyknąłem zbyt głośno, nie mogąc trzymać już w sobie całej tej złości. 

- Ej, ciiii... jeszcze ktoś usłyszy. Nie gadaj głupot. Jesteś dla mnie wszystkim i nie przeszkadza mi twój wózek. Uspokój się, Lou. - szepnął, gładząc mój policzek. 

- Nie uspokoję, bo... - nie zdążyłem dokończyć, gdy wpił się w moje usta. 

Nasz pocałunek był zachłanny. Rozgniewany napierałem na niego swoimi ustami i pochłaniałem tak zachłannie każdy całus. Pragnąłem go, byłem zły, miałem dość wózka, wszystko naraz zaczęło kumulować się w mojej głowie. Chciałem to zagłuszyć, więc chwyciłem jego policzki i pogłębiłem pocałunek, zapominając gdzie właściwie jesteśmy. On sam chyba o tym zapomniał, bo jego język nie protestował i zaczął dominację z tym moim. Długo nie wytrzymał tak kucając i zwyczajnie się wywrócił robiąc przy tym trochę hałasu. To sprowadziło nas na ziemię, a wiecie co jeszcze bardziej? To, że nie byliśmy sami. 

W drzwiach stała Caroline z prawie, że otwartą buzią i oczami jak pięć złotych. Przez chwilę nie wykonywała żadnego ruchu, a gdy zaczęła się cofać, Harry szybko się podnosząc, ją zatrzymał. Mnie wręcz sparaliżowało ze strachu. To chyba złe określenie zważywszy, na to w jakiej sytuacji się znajduję, no ale mniejsza.

- Caroline czekaj, proszę! - krzyknął zdesperowany. 

- Wystarczająco widziałam, Harry... - powiedziała zdezorientowana, ale wciąż stojąc w drzwiach. 

- Błagam, nie mów nic nikomu. To zniszczy nas i to co powstało, błagam Cię. - powiedział, zakładając obie dłonie na jej ramiona. 

- Harry, ja… - zaczęła oszołomiona.

- Proszę Cię, Caroline. Czy nie zasługuje na odrobinę szczęścia? - podjechałem do nich, chcąc ją złamać. 

- Lou, jasne kochanie, że zasługujesz. Oboje zasługujecie, ale to nie stosowne. Nie możecie robić takich rzeczy w pracy, nie tutaj. Jak to się stało? - zapytała, zamykając za sobą drzwi. 

By my side || LarryOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz