Rozdział 18

12 3 3
                                    

Niemal stratowani przez niego skazańcy, w mgnieniu oka podskoczyli ku górze, rozpierzchując się na boki.

- Co do czorta... - wykrztusił z siebie na moment osłupiały minister.

- WASZA WYSOKOŚĆ, SZYBKO! STAJNIE SIĘ PALĄ! – krzyknął dopiero co przybyły śmiałek, nie chcąc tracić ani chwili więcej.

- ŻE JAK?! – wykrzyknęła Ana, w mgnieniu oka znajdując się tuż obok niego.

- Prowadź. Natychmiast. – nakazał Reed z pełną determinacją.

- Tak jest, generale! – zakomenderował, rzucając się do odwrotu.

- Masz ci los. – prychnął Wored, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z Fellinsem. – Do roboty! – krzyknął, przywracając do rzeczywistości oniemiałego na moment bruneta.

- Jak ma się sytuacja?! – krzyknął za oddalającymi się po prędce młodzianami Generalny Inspektor, wychylając się zza drzwi gabinetu.

Słysząc jego pytanie, Anastasia wyraźnie zahamowała na środku korytarza, puszczając tamtych przodem.

- Straż opanowuje ogień! Proszę wziąć kolejny pojazd i dojechać, jak to tylko będzie możliwe! – oznajmiła, starając się zachować zimną krew. – Proszę to również dla mnie przechować! – dodała, błyskawicznie ciskając po podłodze plik dokumentów, którego kartki, lekko rozprysnęły się na boki.

- Wasza Wysokość, proszę zaczekać! – odkrzyknął siwowłosy, puszczając się do biegu, ale kruczowłosa rozpłynęła się w mgnieniu oka.

Dostrzegając bezsensowność swojej pogoni, przystanął, ciężko zipiąc.

- Już nie te lata. – westchnął, z trudem przykucając na kolana, aby zebrać powierzone mu zapiski.

Wtem w jego oczy mimowolnie rzuciła się treść zawartych na nich informacji. Na moment zawahawszy się, przycisnął binokle do twarzy, z całej siły koncentrując się na tym, co dotarło do jego oczu. Po chwili zmarszczył nos, z wolna podźwigając się ku górze. Mimo to szybkim tempem powracając ku przyjacielowi.

- Mój drogi. – zwrócił się do niego z pełną powagą.

- Scolett już wysyła odpowiednich ludzi, ja też zaalarmowałem kogo trzeba. Chodźmy, nie ma co tracić czasu. – odparł na jednym tchu minister, chwytając za płaszcz.

- Pamiętasz może dawnego kompana Jego Wysokości? – spytał, ni stąd ni zowąd, zatrzymując go.

- Trudno stwierdzić. Przez lata otaczało go wiele osób, ale z nikim nie pozostawał specjalnie blisko. O kim mówisz? – stwierdził z uwagą.

- O pewnym pielgrzymie, kojarzysz? – skwitował.

- Pielgrzymie? – skrzywił się, z pewnym obrzydzeniem. – Niby kiedy? – dodał bez namysłu.

- Powiedzmy, że koło 25 lat temu. Może trochę dawniej. – oznajmił, wciąż nie zmieniając sposobu prowadzenia rozmowy.

- Jak tak mówisz, to coś sobie przypominam. Chyba za sobą nie przepadaliśmy, czyż nie? – mruknął. – Tak czy siak, wciąż nie rozumiem do czego dążysz. – stwierdził z wyczekiwaniem.

- Wygląda na to, że w tamtym okresie niejaki Walter Laundry badał w okolicach naszego portu zróżnicowanie kulturowe, krążąc po karczmach. – wysłowił się wreszcie, ujawniając nagromadzone w głowie myśli. – Nie wiem jak tobie, ale mi ten portret kogoś przypomina. – skwitował, ukazując mu stary szkic z zachowanego listu gończego.

- Nie mów mi, że... - niemal natychmiast wydarł mu go z rąk, szerzej rozchylając oczy.

- Moje ciało może już szwankować, ale umysł nadal ma się w najlepszym porządku. – dodał z pełną powagą.

SoldierOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz