Rozdział 25

1.1K 6 2
                                        

Spanikowana spojrzałam w oczy Luke'a. Ujrzałam pytanie.
-Nie. 
Powiedziałam cicho. Ksiądz był w lekkim szoku. 

-Słucham? - spytał cicho Luke.

-Nie mogę... Przepraszam - i po prostu ruszyłam nawą w stronę wyjścia. 

W całym kościele brzmiała grobowa cisza. Moja mama patrzyła na mnie z wyrzutem, ale chyba nie bardzo mnie to ruszało. Spojrzenia każdego z zaproszonych gości skupiły się na mnie. A ja? Ja pierwszy raz w życiu po prostu miałam gdzieś co o mnie myślą. Pierwszy raz pomyślałam o tym czego ja chcę. Ja, a nie ktoś inny. Wyszłam. 

Pochmurne niebo rozjaśniło słońce, jego promienie świeciły mi prosto w twarz. Nagle ktoś chwycił mnie za rękę. Był to Luke. Na jego twarzy mieszało się teraz wiele uczuć. Złość, niedowierzanie, ból, ulga, przemknęła radość, smutek... Wiedziałam już, że on czuje dokładnie to co ja. Uściślając: zupełnie nic. 

-Co ty wyprawiasz? - podnosił głos z każdym wypowiedzianym słowem- Wszyscy tam czekają, za wszystko zapłaciłem, wszystko dopięte na ostatni guzik... A ty? A ty po prostu uciekasz z przed ołtarza... 

-Luke- przerwałam mu spokojnie- dobrze wiesz, że nic by z tego nie było... Tobie zwyczajnie na mnie nie zależy, robisz to bo tego się od ciebie wymaga. Stałego związku, gromadki dzieci... Możliwe, nawet bardzo, że kiedyś mnie kochałeś, ale to było liceum. Luke. liceum. Rozumiesz? Głupia szczenięca miłość, po prostu miałeś do mnie sentyment, a jak usunął się Percy to skorzystałeś z okazji. Rutyna, zdrady, rozwody... To czekało by nas, gdybyśmy wyszli z tego kościoła razem. Ja to wiem... ale ty w głębi też to rozumiesz. Rozumiesz również, że uchroniłam od tego nas oboje. Dlatego znajdź tę, która Cię pokocha, tak jak kochałeś mnie w liceum, tak jak ja kochałam ciebie, ale to minęło. Po prostu minęło ... Życzę ci szczęścia.

Pocałowałam go w policzek i wcisnęłam pierścionek zaręczynowy w jego dłoń. Patrzył na mnie skołowany, a ja po prostu wsiadłam w jeepa i pojechałam tam, gdzie prowadziło mnie serce. Kiedy odchodziłam usłyszałam tylko ciche ,,dziękuję'', a gdy ruszałam z kościoła zaczęli wychodzić ludzie, mój telefon zaczął dzwonić. Przycisnęłam gaz i wyjechałam na drogę. 

---

Po drodze kilka razy dzwoniłam do Percy'ego. Nie odbierał. Na niebie gromadziły się chmury. Kiedy dojechałam do restauracji, zaczęło kropić. Wbiegłam do środka. Kelnerzy poprawiali ostatnie dekoracje. Pobiegłam do kuchni. Ojciec Percy' ego siedział na blacie i czytał jakąś gazetę. Kiedy mnie zobaczył zeskoczył i chwycił mnie za ramiona.

-Co się stało? Ann? Wyglądasz na roztrzęsioną... 

-Właściwie, to jest mój najszczęśliwszy dzień w życiu... ale to najmniej ważne. Gdzie jest Percy? Muszę się z nim widzieć... - wysapałam

-Właśnie wyszedł. 

-Gdzie on jest, musi mi pan pomóc.. Od tego zależy życie nas obojga. 

-Wytłu... 

-Nie ma czasu na tłumaczenia. Proszę, muszę go znaleźć. 

-Nie wiem gdzie jest, ale wziął konia,.... - Nie dałam mu dokończyć, już otwierałam tylne drzwi. 

-Dziękuję! - krzyknęłam i już mnie nie było

Pobiegłam do stajni, suknia troszkę mi zawadzała, ale czego się nie robi dla miłości, nie?

Wsiadłam na mojego konia i puściłam się galopem w stronę lasu. Przejechałam przez las, a deszcz padał coraz mocniej. Dojechałam nad jezioro, lało. Byłam cała mokra, sukienka ciążyła mi coraz bardziej. Podjechałam pod wielką wierzbę i zsiadłam z konia zrezygnowana. Percy'ego nie było. Myślałam... co ja myślałam? Pół godziny temu dałam mu do zrozumienia, że nic z tego nie będzie, a teraz jeżdżę po łąkach bo spodziewam się cudu. Miłości z bajki.... 

Usiadłam na ziemi, nie zważając na deszcz, brudną suknię, rozmazany makijaż... Teraz liczyło się tylko to, że go tu nie było. Ukryłam twarz w dłoniach. Właśnie, kolejny raz, zmarnowałam sobie życie. Czyli to co robię najlepiej od kilkunastu lat. 

Wzięłam wodze i ruszyłam na piechotę łąką. Deszcz nadal padał. Nagle przy ogrodzeniu zobaczyłam konia. Rozejrzałam się i zobaczyłam go. Szedł ze spuszczoną głową, trzymając w ręku butelkę.

 Puściłam wodze. 

Podniósł wzrok.

Znalazłam go.

Upuścił butelkę.

Zaczęłam iść w jego stronę.

Zobaczył mnie.... Zobaczył!! Percy zaczął biec. Gdybym ja zaczęła, byłoby jak w tanim filmie romantycznym, więc (oczywiście w pełni celowo) od razu się wywróciłam, przez błoto i sukienkę.

Podniosłam się, ale Percy był już przy mnie. Tak chciałam go zobaczyć, a teraz po prostu nie wiedziałam co powiedzieć. Było jak w liceum. Słowa ugrzęzły mi w gardle. Więc troszkę ośmielony alkoholem, on zaczął. 

-Ann? Dlaczego ty jesteś tu, a nie w kościele... z Lukiem?

-Ja... - popłakałam się, jak dziecko... po prostu łzy zaczęły mi lecieć po twarzy. -Percy... ja..

-Spokojnie- przytrzymał mi ramiona, więc już się nie trzęsłam, otarł mi łzy, co wcale mi nie pomogło, ale gdy spojrzałam w jego nieprzeniknione, niebieskie oczy.... Poczułam to, przypomniałam sobie właśnie tą, niby głupią, nietrwałą, szczenięcą miłość...  i słowa same zaczęły się układać.

-Percy, ja ... Po prostu nie pasuję, do Luke'a. On nie pasuje do mnie. Nie wiem czy wierzysz w przeznaczenie, ale ... chociaż trochę musisz. Wiem, że też to czujesz. Ja pamiętam jak cię poznałam, pamiętam jak dziś, jak głupia, młoda i zauroczona twoim wyglądem, kochałam się w tobie przez trzy lata, pamiętam jak dziś, jak mi przeszło, bo to sobie po prostu wmówiłam, że ty nie jesteś tym typem faceta, którego ja mogłabym pokochać. Pamiętam później twoje spojrzenia, pamiętam jak czasami imponowałeś mi nie wyglądem, ale tym co wiesz, tym co robisz, tym co mówisz i tym jaki jesteś. Łudziłam się.... Pamiętam tamtą noc.... pomimo tego ile wypiłam, pamiętam... jak kazałam ci zapomnieć, jak ty kazałeś zapomnieć mi... Nie umiałam. Myślę, że ty  też nie. Było mi tak strasznie wstyd, a jednocześnie był to najgorszy okres mojego życia, bo nie wiedziałam, co do końca mam ze sobą zrobić, zaczęłam mieć wątpliwości. No i.... potem byliśmy razem, ja do dziś nie wiem jak do tego doszło... Po zerwaniu, niby było okej, czasami o tobie myślałam, przypominałam sobie wszystko... każdy kosmyk twoich włosów, każdy twój uśmiech, każde spojrzenie, żeby nie zapomnieć... Jednak w końcu czas sprawił, że zapomniałam... Ale wtedy los sprawił, że pojawiłeś się w moich drzwiach... kiedy je otworzyłam, wiesz co mi się przypomniało? - pokręcił głową - TA noc, chociaż oboje mieliśmy zapomnieć... Kiedy się pojawiłeś, moje życie przewróciło się o 360 stopni... Z dnia na dzień tylko utwierdzałeś mnie w przekonaniu, że Luke nie jest osobą, z którą chcę iść przez życie, byłam na ciebie z to wściekła... Próbowałam się oprzeć, okiełznać to uczucie. Ale tak już jest, że to jednak serce jest większą potęgą niż rozum. Więc uciekłam z przed ołtarza. Wierz lub nie, ale czuję, że gdzieś tam - wskazałam niebo- jest nam pisany wspólny los. Po prostu przez tyle lat próbowaliśmy go oszukać. 

Skończyłam mówić i czułam, że Percy zaraz ucieknie, powie, że jestem świrem. Jak można uciec z przed ołtarza... itd. Jednak on tylko podszedł bliżej i powiedział:

-Kocham cię. 

Chciałam romantycznego filmu. Mam romantyczny film. 

Przyłożył usta do moich warg. Najpierw bardzo delikatnie, jak miał w zwyczaju, a potem co raz namiętniej. I staliśmy tak. W deszczu. Brudni  i przemoczeni do suchej nitki. Jednak nie przeszkadzało mi to. Wiedziałam, że jeśli on będzie chciał zabrać mnie na drugi koniec świata, do dżungli, czy na Alaskę, to ja pojadę z nim. Bo to właśnie znaczy miłość, bo to właśnie znaczy kochać.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Mar 11, 2019 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

Co znaczy kochać ?Stories to obsess over. Discover now