Pozycja 1 - Roscoe

2.2K 161 93
                                    

„Człowiek uczy się całe życie. Za wyjątkiem lat szkolnych"

Jest tylko jeden warunek

     Nie lubiłem budzić się z samego rana. Odkąd pamiętam, ceniłem sobie wylegiwanie się w łóżku, nawet jeśli zwykłem zwlekać się z niego, nim słońce wzeszło na dobre. Miałem nawyki, których wolałem się trzymać. Jogging z rana był moim idealnym początkiem dnia, szczególnie jeśli po nim mogłem wziąć zimny prysznic i wrócić do łóżka, żeby odespać. Było coś takiego, czego nienawidziłem w pobudkach, o którejkolwiek godzinie.

     Wbiłem głowę w poduszkę, szczelniej okrywając się prześcieradłem. Niestety to nic nie dawało. Ten okropny dźwięk przejeżdżającego przed oknem pociągu, był ogłuszający. Nieważne, jak długo mieszkałem w tym mieście, czasem wydawało mi się, że nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Podniosłem się ociupinę i przetarłem twarz dłonią, postanawiając wreszcie wstać. Na dobrą sprawę nie miałem pojęcia, która jest godzina. Budzik jeszcze nie dzwonił, więc spodziewałem się, że mam chociażby piętnaście minut więcej. Miałem dziś pójść na rozmowę kwalifikacyjną i, mimo że chciałem wyglądać na wyspanego i rześkiego, byłem skazany na permanentny makijaż umarlaka. Tak właśnie się czułem, a mój stan mogłem opisać jedynie za pomocą pleonazmu – jak zdechły umarlak.

     Denerwowałem się rozmową. Prawdopodobnie była najważniejszą w moim życiu; poprzednie nigdy nie miały dla mnie tak wielkiego znaczenia. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Wszyscy trzymali za mnie kciuki i oczekiwali, że wreszcie znajdę pracę, ale ja nawet z rana byłem tak zestresowany, że nie miałem pojęcia, czy będę w stanie dotrzeć na miejsce, nie mdlejąc wcześniej z przejęcia.

     Odsunąłem pościel i podszedłem do wielkiego okna, które znajdowało się w mojej sypialni. Złapałem za szeroką klamkę, a potem pociągnąłem za nią, uchylając je. Każdego ranka czułem tutaj dziwny zapach – zupełnie jakby ktoś dopiero co stawiał te ceglane ściany i używał do tego starego cementu. Nie znałem się na budownictwie, nie wiedziałem, czy cement w ogóle ma jakiś zapach, ale właśnie tak go sobie wyobrażałem. Zerknąłem na widok za oknem. Stalowa estakada ciągnęła się kilka metrów dalej, na wysokości pierwszego piętra. Z daleka słyszałem, że nadjeżdża kolejne już metro.

     Nie chciałem tracić więcej czasu, więc od razu ruszyłem do łazienki, chcąc doprowadzić się do ładu. Pierwszym lepszym żelem jakoś ułożyłem swoje włosy, a potem ogoliłem się. Pod oczami nadal miałem wory i okropne sińce, ale nic nie mogłem już na to poradzić. Gdybym tylko poszedł wcześniej spać, nie wyglądałbym tak fatalnie.

     Wymaszerowałem z łazienki i ospałym krokiem podszedłem do szafy. Otworzyłem drzwi i na widok idealnie wyprasowanego garnituru, jedynego, jaki miałem, jęknąłem. To naprawdę była ostatnia rzecz, którą chciałem zakładać, ale nie miałem innej opcji. Musiałem wypaść dobrze i nie mogłem pojawić się u przyszłego pracodawcy w swoich codziennych dresach. Kiedy opierałem się o drzwiczki szafy, zadzwonił mój budzik. Natychmiast podszedłem do telefonu i złapałem za niego, chcąc wyłączyć alarm. W oczy natychmiast rzuciła mi się godzina, która wyświetlała się na ekranie. Nie, niemożliwe, że budzik zadzwonił później. Cholera jasna! Prędko założyłem na siebie przygotowane ubranie i gotowy wyszedłem z sypialni, kierując się prosto do niewielkiego holu, gdzie szybko włożyłem buty. Mój żołądek prosił się o coś do jedzenia, ale nie było czasu na urządzanie sobie śniadania. Musiałem być w Gary punktualnie o jedenastej, a zegar już wskazywał dziesiątą rano. Czekała mnie prawie godzinna podróż pociągiem. Miałem samochód, ale żeby się nie spóźnić, zrezygnowałem z niego.

     Złapałem za skórzaną torbę i zarzuciłem ją na ramię. Była lekka jak piórko, a po brzegi wypełniona różnymi papierami. W pośpiechu chwyciłem jeszcze za portfel i telefon, które wsunąłem do kieszeni spodni, a potem wyszedłem na korytarz. Kiedy zbiegałem po klatce schodowej, wpadłem na swojego sąsiada, który wymachiwał rękoma, narzekając na facetów, wnoszących nowe meble do jego mieszkania. Jedni przeciskali się właśnie z wielką, poskładaną kanapą, a ja stanąłem tam jak kołek, czekając aż ruszą dalej. Oni za cholerę nie robili jednak postępów. Nie miałem ochoty na kłótnie, tym bardziej że brakowało mi czasu. Westchnąłem zirytowany i wróciłem do mieszkania, natychmiast udając się w kierunku okna. Przełożyłem nogę przez framugę i pewnie stanąłem na stalowej kładce schodów pożarowych. Poprawiłem garnitur i od razu zbiegłem na sam dół.

Zrobione z papieru: ich kłamstwa | TOM 1Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz