Część 3

512 39 2
                                        


                  W głowie Cedrica kłębiło się setki różnych myśli, przeplatających się z głosami i wizjami, które co rusz nawiedzały go, nie dając mu spokoju. Wszystko co ukazywało się przed jego oczami, miało wręcz koszmarny wyraz i nasilało się z każdym kolejnym dniem. Im bardziej był trzeźwy, tym gorzej się miała jego psychika. Nie wypił grama alkoholu od kiedy zbiry Roche'a wciągnęły go na statek i zamknęły pod pokładem, przykuwając go za ręce kajdanami do drewnianej belki przymocowanej na stropie. Od tego czasu również nic nie jadł. Co jakiś czas dawano mu tylko trochę wody, by nie padł z całkowitego wycieńczenia podczas przesłuchań.
Dowódca Niebieskich Pasów nie dawał za wygraną i codziennie przychodził po kilka razy, by wyciągnąć z elfa jakieś informacje, jednak za każdym razem odchodził z niczym. Nie pomagały groźby śmierci, ani tortury jakimi go uraczono. Elf milczał jak zaklęty, a Roche robił się coraz bardziej wściekły. Miał ochotę podpalić cały ten las i patrzeć jak płonie wraz z Wiewiórkami uwięzionymi gdzieś w jego głębi i zrobiłby to, gdyby tylko mógł. Był pewien, że po nieudanej akcji z przywódczynią komand spod Zerrikani, uda mu się wydobyć jakieś informacje z byłego Wiewióra i cholernie się wściekł kiedy okazało się, że ten nie ma najmniejszego zamiaru mówić.
Przesłuchał w Bindudze każdego kogo mógł, ale nikt nie powiedział mu więcej niż sam wiedział. Jak się szybko okazało, elf nigdy nie rozmawiał z nikim na temat kryjówek Scoia'tael oraz swojego wcześniejszego życia w komandzie i tak oto Vernon wrócił do Flotsam jeszcze bardziej wściekły niż z niego wyszedł. Nie miał ochoty rozmawiać teraz z nikim. Strażnicy rozeszli się na swoje stanowiska, a on został sam, więc zaszył się w swojej kwaterze z butelką wódki w ręce. Usiadł na stole, pociągnął kilka łyków trunku i westchnął ciężko, obcierając twarz. Wbił wzrok w stojak z mieczami postawiony pod ścianą, zastanawiając się co jeszcze mógłby zrobić, żeby dorwać Iorwetha, ale nic nadzwyczaj błyskotliwego nie przychodziło mu do głowy. Westchnąwszy po raz kolejny, przyłożył do ust szyjkę butelki, lecz nagle rozmyślił się i postawił alkohol na stole obok, przypominając sobie o Cedricu. Uśmiechnął się kpiąco pod nosem, po czym zeskoczył z blatu i szybkim krokiem wyszedł z kwatery Niebieskich Pasów, udając się w kierunku portu, gdzie zakotwiczony był statek Królewskich Służb Specjalnych. Zadecydował się zastosować całkiem odmienną taktykę.

                                                                                                                                                                                                   

***

                                                                                                                                                                                                      

                - Więc... – Rhena założyła nogę na nogę i spojrzała na Iorwetha siedzącego na sienniku. – Teraz masz zamiar być dla mnie miły i uprzejmy? – dopowiedziała, upijając spory łyk bimbru z glinianego kubka. Skrzywiła się przy tym lekko, gdyż alkohol był dosyć mocny i odstawiła trunek na stół. – Przy okazji chcesz mnie szybko upić. Jak mam to interpretować?
Elf zaśmiał się w duchu. Zauważył, że czarnowłosa zdążyła się już troszkę wstawić i rozwiązał jej się język.
                - Interpretuj to jak chcesz, Loa'then – powiedział spokojnie. – Zaproponowałem ci, żebyś się ze mną napiła, byśmy mogli w spokoju porozmawiać o planach dotyczących Vergen i nadrobić wszystko zanim wyruszymy w drogę.
Elfka oparła się wygodnie o krzesło i spojrzała na watażkę, uśmiechając się szeroko.
                - O nie, nie... – Pogroziła mu w żartach palcem. – Skoro już zaczynamy ze sobą rozmawiać jak na normalne elfy przystało, to mów mi po imieniu. Ja rozumiem, że jestem jakąś tam dowódczynią, a ty jesteś dowódcą, ale tak poza tym to nie różnimy się od innych elfów. No może poza tym, że obydwoje nienawidzimy większości dh'oine. To wstrętne, plugawe robaki, które nie dają nam żyć w spokoju i na każdym kroku rzucają kłody pod nogi, za co my ich mordujemy. Ale dosyć o tej odpychającej rasie. – Machnęła ręką i odgarnęła do tyłu gęste loki. – Słucham cię, o czym dokładnie chcesz ze mną porozmawiać?
                - Na początek zdradź mi może, ile elfów masz w komandach – powiedział, przyglądając się Rhenie.
Przez chwilę zawiesił wzrok na jej czarnych oczach, lesz szybko sięgnął bo butelkę z alkoholem i napił się łyka. Złapał się na tym, że to nie pierwszy raz kiedy jej się tak przypatrywał.
                - Tyle samo co ty – odpowiedziała. – Po trzydzieści elfów w komandzie. To z którym tu przybyłam było niekompletne, dopiero co zbierałam elfy. Wszyscy jednak czuli ducha walki i chcieli się wykazać więc ich zabrałam. Choć żałuję, że wciągnęłam w to mojego brata, który musiał przechodzić przez to wszystko... – Zamyśliła się na chwilę. – No, ale dość sentymentów, to twardy facet, da sobie radę. Dobrze, że nasza siostra została pod Zerrikanią, za wrażliwa jest na takie ekscesy, choć jak się ją zdenerwuje, to potrafi odrąbać łeb jednym machnięciem miecza. – Chwyciła za kubek i upiła z niego maleńki łyczek.
Iorweth przysłuchiwał się wszystkiemu co mówiła, z zaciekawieniem. Z Saskią nigdy tak nie rozmawiał. Smokobójczynię, która de facto prawdziwą smokobójczynią nie była, interesowała tylko wojaczka, wszystko inne zepchnięte było na bardzo daleki plan. Łącznie z miłością, której watażka łaknął czasami, jak małe dziecko oddzielone od matki. On też potrzebował takich chwil, kiedy mógł być zwykłym elfem, kiedy mógł zwyczajnie objąć swoją drugą połowę i zapomnieć na chwilę o otaczającym go świecie, ciągłej walce o wolność, wojnach i morderstwach... Kiedy mógł zwyczajnie porozmawiać.
                 - Nie miałem pojęcia, że masz tak dużą rodzinę – powiedział, obracając w palcach butelkę.
                 - Miałam jeszcze dwójkę braci, ale zginęli za ten cholerny, nic nie warty Nilfgaard. Zostali mi tylko Tharlen i Amher. – Spojrzała na elfa, który po raz kolejny wpatrywał się w jej oczy. – A ty Iorweth, masz lub miałeś jakąś rodzinę?
Elf był lekko zaskoczony tym pytaniem, jednak postanowił spuścić tego wieczoru maskę bezwzględnego skurwiela i porozmawiać najnormalniej jak tylko umiał.
                - Moja rodzina to Scoia'tael, Rhena – odrzekł spokojnie. – Braci i sióstr nigdy nie miałem, a rodzice na szczęście poumierali zanim zaczęła się ta przeklęta wojna... – spojrzał przed siebie, wbijając wzrok w jakiś nieokreślony punkt.
                - Saskia... – powiedziała nagle.
                - Słucham? – Watażka zapytał ze zdumieniem, kierując wzrok na rozmówczynię
                - Ona jest teraz twoją rodziną, o którą również chcesz się troszczyć – odparła, dopijając swój bimber. Odstawiła pusty kubek na stół i westchnęła cicho. – Nic nie mów, a już tym bardziej nie próbuj się tłumaczyć. Wybacz, że tak nagle z tym wyskoczyłam, ale to widać. Twoje elfy też to widzą i bardzo to szanują. Masz prawo do szczęścia jak każdy, a ja chciałam ci tylko powiedzieć póki we krwi krąży mi alkohol, byś się nie poddawał i o to szczęście zawalczył. Wolne Vergen jest bardzo realnym marzeniem i kiedy Saskia je w końcu dostanie, to odstąpi od wojaczki, a wtedy będziesz mógł ją zauroczyć swoją osobą bez najmniejszego problemu. – Uśmiechnęła się do niego lekko, po czym wstała z krzesła. – A teraz lepiej pójdę trochę przetrzeźwieć, bo jak sam słyszałeś za dużo kłapie ozorem. Jakby przyszedł Cedric, to będę u siebie – dodała, próbując ruszyć do wyjścia.
Ledwo zrobiła krok, a zakręciło jej się w głowie tak mocno, że przewróciła się prosto na elfa siedzącego tuż za nią, lądując na jego kolanach.
                 - Wszystko w porządku..? – Zaskoczony obrotem spraw Iorweth, spojrzał na jej twarz wykrzywioną w lekkim zakłopotaniu.
                 - Squaess'me, taki wstyd... – Westchnęła cicho, kierując na niego swoje spojrzenie.

Aen SeidheOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz