rozdział 9.

2.2K 161 13
                                    

          Od mojej ostatniej rozmowy z Ashtonem minął równy miesiąc. Wtedy, po tym telefonie okazało się, że Hunter wyjdzie z tego niemal bez skazy. Rana nie otworzyła się, a moja siostra była na tyle rozważna, by nie rzucić się na niego zaraz po przebudzeniu. 

Tamta rozmowa sprawiła, że się wycofałam. Zamknęłam w sobie, stałam się bardziej ostrożna. Nie chciałam, by wywołał wszystkie moje demony, więc jedyne co mogłam zrobić to unikać go jak tylko mogłam.

A praca? Pracy nie przyjęłam i wylądowałam na utrzymaniu mojej siostry, bo moje oszczędności skończyły się bardzo szybko. Siedzę przy stole z kubkiem kawy i zastanawiam się co ja zrobiłam ze swoim życiem. Co ja zrobiłam..

- Faith, masz jakieś plany na dziś? – pyta Hope, gdy przekracza próg swojej kuchni.

- Pewnie wyjdę z tym oto dżentelmenem na spacer. – Wskazuję głową na Mufasę, który leże do góry brzuchem pod drzwiami lodówki.

- Tak się zastanawiałam.. – urywa. Pewnie mam się wynosić.

- Wyprowadzę się jak to najszybciej będzie możliwe.. – nie kończę, bo Hope mi przerywa lekceważącym machnięciem ręki.

- Nie o to chodzi. – mówi. – Rozmawiałam z Hunterem i tak wymyśliliśmy, że mogłabyś otworzyć swoją prywatną praktykę lekarską. Wiesz, przychodnię, w której leczyłabyś ludzi prywatnie.

- Em.. to wydaje się nie do spełnienia. Po pierwsze za co. – unoszę dłoń do góry i zaczynam wyliczać na palcach.

- O pieniądze się nie martw, pomogę ci ile będziesz potrzebowała.

- Ale to nie chodzi o pieniądze. Już i tak czuję się jak pasożyt na twoim utrzymaniu, a ty chcesz mi jeszcze zafundować prywatną praktykę lekarską jakby to była zabawka ze sklepu. Poza tym, kto by chciał się u mnie leczyć? Jestem ledwo po studiach, mam za sobą staż, ale co z tego, kiedy ludzie nie widzą kim jestem i jak leczę. I trzeba byłoby załatwić lokal, zatrudnić ludzi, kupić sprzęt, załatwić te wszystkie pozwolenia..

- Faith, przecież możesz to osiągnąć swoją ciężką pracą. Ja też zaczynałam od niczego.

- Ja się boję, rozumiesz? To nie jest prawo, nie jest coś białe, albo czarne. Winny – niewinny. To są ludzie, chorzy ludzie, którzy zawierzą mi, a jeśli postawię złą diagnozę? I co wtedy? Zniszczę komuś życie.

- Uważam, że podchodzisz do tej sprawy trochę zbyt emocjonalnie. Wiem, że byłoby ci łatwiej, jakbyś miała przełożonego niż sama nim była, ale ja bym ci radziła chociaż spróbować.

- Wiem, że masz rację, ale to jest pierwsza myśl jaką podsuwa mi mój umysł.

- Pomyśl o tym. – mówi Hope. – Naprawdę szczerze się nad tym zastanów. Ja jestem pewna, że dałabyś radę.

Nie wiem co mam jej odpowiedzieć, naprawdę nie wiem. Niby chce, ale się boję. To chyba najgorsza z możliwych opcji. Moim marzeniem było leczenie ludzi, ratowanie im życia. Brałabym wówczas za nich odpowiedzialność, bo oni zawierzyliby mi.

Podnoszę się z krzesła i bez słowa ruszam w kierunki drzwi wejściowych, zdejmuję z wieszaka smycz Mufasy.

- Idę na spacer. Muszę to przemyśleć. – informuję Hope. – Mufasa do nogi. – wołam tego przerośniętego futrzaka, który na moje słowa uchyla jedno oko i nie najwyraźniej nie ma zamiaru nawet się ruszyć o milimetr. Wzdycham i podchodzę do niego, by przypiąć mu smycz do obroży. – Chodź misiu, pospacerujemy trochę. – Zwracam się do niego zdrobniale, jednocześnie drapiąc go za uszkiem. Oczywiście nasze czułości, a raczej mój brak godności w stosunku do psa komentuje Hope gromkim śmiechem. Posyłam jej uśmiech, sama rozbawiona tą sytuacją i wstaję, a Mufasa raczy również wstać i drepta za mną do drzwi wejściowych.

- Uważajcie na siebie. – Woła z rozbawieniem Hope, kiedy mam już otwierać drzwi.

- Dobrze mamo! – Odkrzykuje obrócona do niej, jednocześnie otwierając drzwi, cofając się tyłem, ale trafiam na ścianę. W jednej chwili się odwracam i przed moimi oczami ukazuje się Ashton.

- Uważaj Faith. – Jego głos, chrypka w jego głosie, jego dłonie zaciśnięte na moich ramionach, jego zapach. Kiedy uświadamiam sobie o czym myślę, odskakuje od niego jak oparzona. – Gdzie idziesz? – Pyta.

- Na spacer. – Mruknęłam.

- Mogę ci towarzyszyć?

- Jak widzisz mam już towarzystwo. – Wskazuję na Mufasę, który stoi przy mojej nodze. – Przepuść mnie, bo chce wyjść.

Odsuwa się, a ja staram się przemknąć obok niego tak, by uniknąć jakiekolwiek kontaktu fizycznego, ale to nie jest takie proste, bo po chwili czuję jego dłoń na swoim ramieniu, która zatrzymuje mnie w miejscu.

- Jestem cierpliwy Faith jeśli chodzi o ciebie, ale to ostatni dzień, kiedy mnie unikasz. – Mówi to, a później znika w głębi domu. 

learn the rules.Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz