Rozdział 18

17.3K 1K 188
                                        

-Czy on żyję?-zapytałam nie kontrolując spływających łez.

-Tak. Przepraszam, ale więcej nie mogę ci powiedzieć.-powiedział z obojętnością i wyszedł, zostawiając mnie samą.

Opadłam na łóżko i próbowałam się uspokoić. On żyje. Cały czas powtarzłam te słowa. Były miodem na moje serce. Obejrzałam swoje ciało i zorientowałam się, że mam połamane kilka żeber, opatrzoną lewą nogę, kołnierz na szyi i dużo zadrapań na brzuchu. Po godzinie przyszła pielęgniarka i pobrała mi krew, chwilę po niej weszła inna kobieta i podała mi posiłek. Skubnęłam trochę, a resztę wyrzuciłam do kosza. Położyłam się bokiem na łóżku w stronę okna. Nagle do pokoju wbiegła Emily.

-Jezu, kochanie nic ci nie jest?

-Joe, ale Jezus też pasuje.-powiedziałam, a Emily po chwili zrozumiała o co mi chodziło i się słabo zaśmiała.

-Nie jest chyba, aż tak źle jeśli żartujesz.-gdy skończyła, usiadła na krześle obok łóżka i pogłaskała mnie po głowie.-Chcesz coś Joe? Zrobię wszytko.

-Mamo -po raz pierwszy się do niej tak zwróciłam- możesz dowiedzieć się co z Lukiem? To dla mnie ważne.

-Oczywiście skarbie.-popatrzyłam na nią- Ale teraz?-pokiwałam głową.-Daj mi kilka minut.-cmoknęła mnie w czoło i wyszła. Nie było jej więcej niż kilka minut. Chyba gdzieś dwadzieścia. Wróciła i usiadła na krześle.

-I co? Co z nim? Jak się czuję? Jaki jest jego stan?

-Oddychaj. Jest w ciężkim stanie -zaczął łamać się jej głos- lekarze dają mu 20% szans na przeżycie.-spojrzała na mnie ze łzami ze oczach- Ma właśnie operację, skarbie musisz w niego wierzyć. Jeśli przeżyję operację, wszystko będzie dobrze.

-Muszę.-wyszeptałam to jedno słowo ledwo słyszalnym szeptem, ale ona i tak usłyszała. Emily ostrożnie przytuliła mnie i głaskała po głowie.

Emily o 20 pojechała do domu, obiecała, że wróci rano, ale przekonałam ją, że nie musi. Lekarz powiedział, że za 3 dni będę mogła wyjść o ile nie pojawią się jakieś komplikację. Gdy z nim rozmawiałam udało mi się przekonać go aby pozwolił mi odwiedzić Luka. Właśnie jechałam do jego sali na wózku inwalidzkim -był to jeden z warunków jakie muszę przestrzegać-. Gdy wjechałam do jego sali, łzy napłynęły mi do oczu. Wbrew kazań lekarza zeszłam z wózka i powoli podeszłam do jego łóżka. Leżał tam nieruchomo, jedyna rzecz jaka mówiła mi o tym, że żyje jest powolne unoszenie się jego klatki piersiowej. Usiadłam na krawędzi łóżka i chwyciłam jego dłoń. Zaczęłam szlochać. W mojej głowie pojawiła się myśl A co jeśli on umrze? Jednak szybko wyrzuciłam tą myśl z głowy. Jego skóra była nienaturalnie blada. Przypominały mi się jego piękne, hipnotyzujące oczy. A co jeśli nie będę mogła ich już nigdy zobaczyć? On musi przeżyć. Jest jedyną osobą która trzyma mnie przy życiu. Nachyliłam się nad jego uchem i wyszeptałam słowa lekko muskając go przy tym ustami.

-Kocham cię.

Chciałam siedzieć z nim cały czas, ale doktor powiedział, że daje mi tylko 15 minut, które upłynęły szybko, zbyt szybko. Wsiadłam na wózek i powoli wracałam do sali. Tam usiadłam spowrotem na łóżko i szlochałam. Był to szloch małego dziecka, kogoś kto straci coś ważnego. Nie mogę go stracić. Nie stracę go. Przecież obiecał, że nie odejdzie. Nagle ktoś leciutko zapukał w drzwi.

-Proszę.-powiedziałam słabym głosem, zdziwiłam się jednak gdy osoba po drugiej stronie drzwi go usłyszała i weszła. To była Meg.

-Jak się czujesz? Przykro mi z powodu wypadku. I wszystkiego najlepszego.-powiedziała i przytuliła mnie, a następnie wyjęła zza pleców mały torcik czekoladowy. Podała mi mini widelczyk i usiadła na krześle obok łóżka.

-Dziękuję. Wiesz, że nie musiałaś tu przychodzić? Ze mną wszystko w porządku.

-Nie mów tak. Chciałam tu przyjść, zobaczyć jak się czujesz. Cieszę się, że już ci lepiej.-na końcu swojej wypowiedzi uśmiechnęła się w moją stronę.

***

Czy się obudzi? A może go zabije? Tego się na razie nie dowiecie!
Komentujcie/gwiazdkujcie
Papa

Why not?Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz