TW: dark fic, szczegóły na pv
1901
Skacze z balkonu, uderza stopami w dach, topniejący śnieg tworzy cienką warstwę wody, która minimalizuje tarcie i grunt wymyka się W. spod nóg. Ląduje na plecach, ale grawitacja nie pozwala mu po prostu leżeć. Zsuwa się po śliskich dachówkach, próby wyhamowania zawodzą. Puch amortyzuje upadek, gdy dociera do krawędzi dachu, ale jego ręka wygina się pod dziwnym kątem, gdy próbuje wstać. Nie czeka, aż kość się zrośnie. Biegnie, przynajmniej próbuje.
Brodzi w śniegu, upadając co chwilę, aż dociera do niego, że lepiej się czołgać. Ręka nie protestuje. Znów zdrowa. Brnie przed siebie w przemoczonych ubraniach, a każdy centymetr ciała boli go, jakby zamarzał od środka. Nie. Nie od środka. Tuż pod skórą jad powoli zmienia stan skupienia na stały, grożąc rozerwaniem tkanek. Nie ma szans.
Kopie, bo to jedyne, co podpowiada mu zamroczony bólem i strachem umysł. Kopie, bo to robią zwierzęta, by przetrwać zimę. Pod śniegiem będzie ciepło. Bez wiatru, bez powietrza. Nie potrzebuje powietrza i dzięki temu wciąż może kopać, bo gdyby oddychał, utopiłby się we własnej krwi. Ale nie oddycha, nie ma krwi. Jeśli jad rozsadził jego pęcherzyki płucne, trudno. Zregeneruje je. Musi tylko się zagrzebać.
Nie czuje dłoni, nie może poruszać palcami, kopie coraz wolniej. Umrze. Znowu.
Zmusza się, żeby wejść do czegoś, co chciałby nazwać ciepłą norą, ale wcale nie jest ciepło. Widzi nad sobą ciemny kształt, wciska się głębiej w śnieg.
– To było imponujące – słyszy głos Marcusa, ale nie dociera do niego sens słów. – Nie jestem zły. Nie na ciebie. Powinienem docenić twój spryt i dociekliwość. Teraz gdy już wiesz, decyzja, co dalej, należy do ciebie. Aczkolwiek sugerowałbym powrót do domu i przemyślenie wszystkich opcji w bardziej sprzyjających warunkach.
W. nie odpowiada, nie może. Nie jest w stanie otworzyć ust. Wszystko boli go niemal tak potwornie jak w dniu przemiany. Umiera, a Marcus kontynuuje monolog, ale on już nie słucha. Zamyka oczy, a ostatnim, co rejestruje jego umysł, jest: Istnieją lepsze sposoby na śmierć.
⬡⬢⬡
Krzyczy, bo to boli bardziej niż w dniu przemiany. Krzyczy, ale dźwięk nie opuszcza jego ust. Musiałby je otworzyć. Musiałby móc nabrać powietrze do płuc, ale nie wie, jak inaczej wyrazić agonię.
Z czasem rozpalona biel łagodnieje. W. powoli odzyskuje kontrolę nad ciałem i otwiera oczy. Wtedy dociera do niego, że jest pod wodą. Gwałtownie próbuje się wynurzyć, jednak w faktycznym ruchu nie ma nic gwałtownego. Przytrzymujące W. ręce, podnoszą go do pionu. Kaszle wodą, ale pali tak jakby kaszlał krwią. Opiera czoło o pierś Marcusa i pozwala, by ciecz kapała mu z ust.
Gdyby ktoś go zapytał, skąd w tamtej chwili wiedział, czyja to pierś, nie potrafiłby podać konkretnej odpowiedzi. Wiedział to, tak jak wiedział, że nie jest człowiekiem. Jak fundamentalną prawdę, rzecz tak oczywistą, że niepodważalną.
Kiedy wreszcie podnosi głowę, widzi strach i ulgę, tak obce na twarzy Marcusa i tak szczere, w tej samej chwili. W następnej Marcus przyciska go do siebie, jak przyciska się powracającego z wojny brata, cudem ocalałego żołnierza. Mija wieczność nim mąż go puści, ale nie wykonuje w tym czasie żadnego ruchu. Nie odważy się.
Zauważa, że oboje są ubrani, mimo że stoją w balii z ciepłą wodą. W. mgliście przypomina sobie, że coś takiego tylko szybciej zabiłoby człowieka. Dobrze, że od dawna jest martwy.
Marcus odgarnia mokre kosmyki z twarzy W. – znajoma czułość, którą w tej chwili kwestionuje. W tej chwili kwestionuje wszystko, co robi jego mąż. Jak naiwny był, że poślubił tego mężczyznę.
CZYTASZ
Czarny Jogurt
FantasyWiększość uczniów nie jest ludźmi i większość o tym nie wie. James wciąż musi kłamać, bo jeśli to wyjdzie na jaw, bójki zmienią się w magiczne pojedynki i nikt już nie będzie bezpieczny. Pomijając te drobne szczegóły, życie mija mu na sprzeczkach, r...
