Oczami Kai'a
Wszyscy mistrzowie znaleźli się już przy labiryncie. Każdy miał swoje oddzielne wejście do środka. Moje było zaznaczone symbolem ognia. To wszystko wyglądało trochę upiornie. Jego ściany to był po prostu żywopłot i ciernie, ale bardziej przerażało mnie to, że nie było widać końca tej przestrzeni. W dodatku byłem dość wyczerpany. Rano nie mogłem przełknąć śniadania i teraz odczuwałem tego skutki. Pogoda też nie zachwycała. Powiedziałbym nawet, że zbierało się trochę na deszcz, albo co gorsza na burzę.
Wyścig miał zacząć się o dziesiątej, więc mięliśmy jeszcze dwadzieścia minut wolności. Potem zacznie się walka. Poniekąd się cieszyłem, a z drugiej strony miałem dzisiaj straszny humor.
Po chwili zaczęło zbierać się coraz więcej osób, którzy siadali na biało-złote trybuny z czerwonymi krzesełkami. W pierwszym rzędzie siedział już Arin i Riyu. Chłopak wyglądał na nieco przygnębionego. Pomimo wszystko dobrze go rozumiałem. W końcu kiedy Asphira ukradła mi moje moce czułem się całkowicie bezsilny. A on w ogóle ich nie posiadał.
Za pięć dziesiąta przed labiryntem pojawił się Robby i kilka podobnie ubranych do niego osób. zgrabnie podłączyli gigantyczny monitor na którym ukazał się obraz labiryntu. Komentator miał również ze sobą mikrofon.
- Witajcie mistrzowie żywiołów! - ogłosił, a jego osoba pojawiła się na wielkim ekranie. - Witajcie kibice! - widownia zaczęła wiwatować. - Zapraszamy na pierwszą w tym turnieju konkurencję, czyli labirynt! Przypominam, że odpadnie aż dziesięć osób. Oznacza to, że pierwsze dwadzieścia sześć osób, które opuszczą labirynt, zostają w turnieju. We wnętrzu czekają na was różne wyzwania, pamiętajcie, że możecie walczyć też między sobą. Pomoc też jest akceptowalna. Do środka możecie zabrać jedną broń. Dobrze, skoro zasady mamy już za sobą, pora rozpocząć tą grę!
Na ekranie znów pojawił się labirynt i my ustawiający się na miejscach.
- Powodzenia, widzimy się po drugiej stronie labiryntu. - powiedział jeszcze Lloyd i stanął przed swoim wejściem. Ja zrobiłem to samo.
- Na miejsca! - krzyknął Robby.
- Gotowi? - adrenalina zaczęła we mnie wrzeć.
- Start!
Ruszyłem. Momentalnie straciłem wszystkich z oczu. Lekko spanikowałem, bo przecież ja w ogóle nie znałem drogi! Nic też tak naprawdę nie słyszałem. Jedynie swój własny oddech.
- Ach... Przydałby się teraz taki Zane! - wyżaliłem się. - Ale chwila... To przecież są tylko krzewy haha! Mogę je przepalić!
Jak pomyślałem tak zrobiłem. Biegłem sobie przed siebie wypalając przy tym dziury w żywopłocie. Czasem nakłułem się na jakieś ciernie, ale nie przeszkadzało mi to. Biegłem tak chwilkę aż coś zaczęło mi się nie podobać. Odwróciłem się. Dziura którą przed chwilą wypaliłem zarosła. Starałem się zrobić ją od nowa, ale kiedy tylko dotknąłem krzewów one od razu zarastały.
- To nie jest do końca normalne... - zdziwiłem się.
- Co ty natury nie znasz!? - zza krzewów wyskoczył Bolobo we własnej osobie. Miał na sobie długi brązowy płaszcz, a jego pokaźnych rozmiarów broda była lekko zarośnięta. Musiał mnie śledzić...
Zaczęła się walka. Mistrz natury kopnął mnie prosto w brzuch, a ja odleciałem na jakieś krzewy tyłu. Poczułem jak ciernie wgniatają się w moje plecy. Szybko jednak wstałem i ruszyłem do walki. Moje pięści zaczęły płonąć. Zgrabnie wykonałem kilka ciosów odrzucając przeciwnika na bok. Ten jednak szybko wstał i używając swojej mocy oplótł mnie jakimś bluszczem. Chwilę się miotałem, ale w końcu podpaliłem ziele i zdołałem się wydostać.
CZYTASZ
Source Tournament || Ninjago
FanfictionKontynuacja książki "Come back || Ninjago". Radzę przeczytać najpierw część pierwszą. Po wykonanej misji ninja nie mają czasu na odpoczynek. Wizje Lloyda się nasilają cały czas wskazując na pewne turniejowe miasto. Nie czekając, ninja wyruszają na...
