XXV

437 21 28
                                        


- No dawaj, Lloyd! - usłyszałem głos Sory z trybun.

Racja, trzeba to w końcu zakończyć.

Swój pojedynek z Neuro toczyłem na ściance wspinaczkowej. Wystarczyło dobrać się do samej góry i zadzwonić dzwoneczkiem. Zagęściłem swoje ruchy. Przeciwnik jednak nie odpuszczał. Im wyżej byliśmy, tym mniej zaczepów na które mieliśmy się oprzeć. W końcu wykorzystałem nieuwagę mistrza umysłu celując wiązką energii prosto w najbliższy dla niego uchwyt do złapania. Skoczyłem w górę i chwytając się dłonią za ściankę zabiłem w dzwoneczek.

- Ała! - syknąłem z bólu, kiedy dotarło do nie, że swoją całą siłę przeniosłem na jeszcze nie zagojoną ranę.

- No i mamy to! Czy ten turniej nie jest wybitny!? - tłumy zaczęły skandować moje imię. - Finał to Lloyd kontra Jordana!

Zszedłem na ziemię. Za mną udał się Neuro.

- To była dobra walka. - stwierdził uśmiechając się do mnie. - Daj jej popalić. Wierzę w ciebie

Przytaknąłem i już miałem udać się w stronę szatni. Gdyby tylko nie organizator.

- Hola, hola? Gdzie to wybiera się nasz mistrz energii! Bum! Niespodzianka! Ha! - zaśmiał się machając w powietrzu swoimi czarnymi włosami. Wyglądał bardziej mizernie niż wcześniej, jednak pewnie przez kontrolę ze strony Jordany. - Finał naszego Turnieju Źródeł zaczyna się właśnie teraz! No kto jest GOTOWY!?

Na pewno nie ja...

Stanąłem na środku areny. Tłum wrzeszczał tak głośno, że aż czułem wibracje pod stopami. Powietrze było niesamowicie gęste od emocji, a ja próbowałem się jedynie skupić. Serce waliło mi jak szalone, ale to nie z adrenaliny, tylko ze strachu. Przede mną stała Jordana, wojowniczka, o której śniłem każdej nocy przez ostatnie kilka miesięcy. Dosłownie co nocy. Teraz czuję ciężar tych wizji. Widziałem jej zimne, ciemne oczy, w których nie ma ani krzty litości. W snach zawsze przegrywałem, totalnie zawsze. Ale teraz, to nie jest sen. Teraz mogę coś zmienić.

Nie mam wyboru, po prostu muszę wygrać.

Jordana wyglądała jak cień. Czarna, wilcza zbroja połyskiwała w sztucznym świetle, a katana w jej dłoniach zdawała się pulsować mroczną energią. Nie była już do końca sobą. Była Rox. Jedną z Zakazanej Piątki. I miała jedno zadanie. Takie jakie mam ja. Ma po prostu wygrać.

Była silna. Silniejsza, niż mogłem sobie w stanie wyobrazić, nawet w najgorszych koszmarach. Ale ja też nie jestem już tym młodym ninją, który ciągle wątpił w swoje możliwości. Teraz mam dwadzieścia trzy lata, przeszedłem więcej niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić, i wiem, jak walczyć. Wiem jak wygrać ten pojedynek.

Walka z Jordaną nie będzie jak żadna inna. Podczas kiedy tłum krzyczał moje imię, próbowałem z całych sił odrzucić z głowy moje wizje porażki. To ja kontroluję swoją przyszłość. To ja kontroluję to, co się stanie. To ja wygram.

- No to zaczynamy najważniejsze wydarzenie w historii! Zawodnicy pozycje bojowe! - krzyknął Robby, a w moich uszach pozostał tylko dźwięk wystrzału z pistoletu.

Pierwszy ruch należał do niej. Katana błyła, a ja ledwo miałem czas, by uniknąć jej nagłego cięcia. Zrobiła krok w przód, a ja spotykam jej spojrzenie. takie zimne, suche jakby patrzyła na mnie nie jak na człowieka, ale jak na przeszkodę do usunięcia. Każdy jej ruch jest wyrafinowany, bezbłędny. Nic tutaj nie dzieje się przypadkowo. Nie mogłem na razie nic zrobić. Uciekałem potykając się o własne nogi. Czułem jak mój organizm nie daje rady, to dla niego po prostu za dużo.

Source Tournament || NinjagoOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz