XXII

363 20 37
                                        

Dotknąłem zimnej poręczy balkonu lekko wilgotnej od wczorajszego deszczu. Wschodzące słońce delikatnie przebijało się przez morze gęstych, puszystych chmur, rozświetlając majestatyczną krainę poniżej. Jego złote promienie rozlewały się po niebie, tworząc ciepłe odcienie pomarańczy, różu i fioletu. Chmury wyglądały jak miękkie wyspy zawieszone w powietrzu, a pomiędzy nimi przebijały się szczyty pagórków z niemałą ilością tradycyjnych chińskich domów. Trawa lśniła zaś od porannej rosy. Cała kraina zdawała dopiero budzić się do życia w blasku nowego dnia, otulona ciszą i spokojem, jakby czas na chwilę stanął w miejscu, by podziwiać to zjawiskowe widowisko natury.

Jednak ja taki spokojny nie byłem.

Nie spałem też całą noc rozmyślając o wszystkim tym, co stało się wieczorem. O walce Kai'a z Tox, trybunach, Cole'u i misji reszty drużyny. Wydawało mi się, że coś mi umyka. Tak jakbym był bardzo blisko rozwiązania, a i tak go nie dostrzegał.

Dzisiaj czekały na nas ćwierćfinały oraz półfinały turnieju. W pierwszych dwóch walkach zmierzą się Neuro z Pale Manem i Cole z Jordaną. Nie wydaje mi się jednak, aby ta druga była fair. Mistrz ziemi cały czas nam wmawia, że z nim wszystko w porządku, a zaledwie jakieś osiem godzin temu musiałem pomagać mu w utrzymaniu się na zwichniętej kostce. Niby lekarze mu ją nastawili, chociaż i tak powinien jeszcze z sześć tygodni chodzić w ortezie.

Z jednej strony mu się nie dziwię, bo sam pewnie bym walczył, ale z drugiej, jestem mistrzem. Powinienem dawać przykład, albo chociaż jeszcze bardziej starać się mu pomóc.

Kolejne pojedynki tego dnia to Jay z Yuri i... Ja z Kai'em. O ile o ten nasz się nie martwię, bo prawdopodobnie zrobimy po prostu walkę pokazową, to ten drugi dość mnie intryguje. W końcu tak jak zaginął Arin, żadnych śladów nie pozostawił również mistrz błyskawic.

Westchnąłem cicho pocierając zaspane oczy. Była może piąta rano... Sam już nie wiem.

- Widzę, że też nie umiesz spać. - odwróciłem się szybko. Moje oczy spotkały jego bursztynowe tęczówki lśniące w blasku wstającego słońca. Dzisiaj zadecydowaliśmy, że śpimy razem w pokoju Cole'a. Jako jedyny miał balkon i znacznych rozmiarów łóżko i jeszcze kanapę.

- Tak jakoś wyszło, haha... - spuściłem wzrok lekko zmieszany. W dodatku mój głos zabrzmiał jakoś inaczej. Tak nieswojo?

- Za to Cole'a i Wyldfire chyba dzisiaj nie obudzimy. - stanął obok mnie. Jego bark delikatnie otarł się o mój. Zaparło mi dech w piersi. Nie byłem pewien co dokładnie się ze mną dzieje.

- Dzisiaj walczymy razem... - zmieniłem trochę temat cały czas patrząc przed siebie. Czułem na sobie jego wzrok.

- Nie martw się. - zapewnił i położył głowę na moje ramię. - Postaram się ciebie nie zabić.

- Hej! - gwałtownie spojrzałem się w jego stronę lekko oburzony, ale też rozbawiony.

- Nie bij!

Wystrzelił jak z procy w stronę pokoju. Nie zastanawiając się długo ruszyłem za nim. I niestety to był błąd. Oberwałem w głowę z bordowej poduszki, jaśka. Obok mnie zebrało się pełno delikatnie powiewających na wietrze gęsich piórek.

- Za co to? - zaśmiałem się. - Przecież nic ci nie zrobiłe-

Nie dokończyłem znów dostając w bok. Praktycznie dusząc się ze śmiechu pobiegłem po swój atrybut do walki i rozpocząłem pojedynek. Pierz latał w powietrzu jak szalony, do gry dołączyły wszystkie inne poduchy jakie znaleźliśmy w pokoju, oczywiście oprócz tej na której spał Cole. Zabawa trwała w najlepsze. Przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce w zawrotnym tempie. Raz mistrz ognia znajdywał dogodną pozycję do ataku, a raz ja. Obrona nie szła mi zbyt dobrze, jednak nie przejmowałem się tym zbytnio. Nagle zauważyłem zbiorowisko jaśków leżących zaraz obok czerwonego ninja. Impulsywnie pchnąłem go prosto na nią, a ten przewrócił się robiąc niemały hałas. Sam w natłoku różnych emocji i zmęczenia padłem obok niego.

Source Tournament || NinjagoOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz