XIII

292 17 14
                                        

- K-kai... - wydukałem a do oczu naleciały mi łzy.

Podemną na pustyni koziołkował czerwony samochód. Wiedziałem, że należy do niego. Wizje mi to pokazały. Nie przeczuwałem jednak, że może to być prawdą. Za nic nie chciałem żeby tak się stało.

Nie zastanawiałem się długo. Bezinteresownie zaskoczyłem z klifu. Pojazd zbliżał się w moją stronę. Zaparłem się z całej siły przyjmując jego impet. Na szczęście udało mi się go jakoś zatrzymać.

Wszystko działo się tak szybko.

W biegu opuściłem mecha nawet nie wyłączając procesorów. Auto było w katastrofalnym stanie. Gołymi rękoma odczuwałem blachy i inne pozostałości karoserii. Czułem jak szkło rozcina mi skórę, ale nie przestawałem. Przed oczami miałem tylko Kai'a. To jak uratował mnie z Góry Ognia, jak mierzwił mi włosy aby mnie pocieszyć. Kiedy poświęcił się dla nas we Wspaniałym Imperium. Zawsze trzymał za mnie kciuki. Retrospekcje rozmów z nim, kiedy to wygadywałem się ze wszystkiego co mnie dręczyło. No i w końcu zdarzenie z Piekielną Przestrzenią oraz Zakazaną Piątką. Nie mogłem go stracić. Nie teraz. Nie poradzę sobie. Jest dla mnie ważny. Najważniejszy.

W końcu udało mi się dotrzeć do miejsca kierowcy.

Był nieprzytomny, ale na szczęście miał zapięte pasy.

Chwyciłem go za ramiona i wyciągnąłem z samochodu. Cały był poobijany i porozcinany. W dodatku z nosa ciekła mu krew.

Sprawdziłem tętno. Przez chwilę było delikatnie wyczuwalne, ale zaraz potem nic.

- Nie zostawiaj mnie no! - krzyknąłem rozpoczynając resuscytację. - Jeśli to zrobisz to osobiście cię ukatrupię!

Wiedziałem, że płaczę. Ryczałem. Ryczałem jednak nie poddawałem się. Trzydzieści uciśnięć dwa wdechy. Trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy. Powtarzałem sobie to cały czas w myślach.

- Dalej, proszę... Ja cię potrzebuję. - jąkałem nie widząc prawie nic przez łzy. Czułem że tracę kontrolę, że wyłania się moja inna forma. Nie chciałem tego...

Aż w końcu.

Położył swoją dłoń na mojej klatce piersiowej. Wszystko zniknęło. Pojawiła się ulga. Chwila ciszy. Radość.

Myślałem, że umrę ze szczęścia. Chwyciłem go i przytuliłem najmocniej jak umiałem. A on to odwzajemnił.

Niestety zaraz potem zaczął się krztusić. Odruchowo położyłem go w pozycji bocznej. Zaczął pluć krwią.

- Kurde. - złapałem się za głowę i zacząłem działać.

Wciągnąłem go do mecha i posadziłem na tylnym siedzeniu. Było coraz gorzej.

- Był tam... - majaczył coś do mnie. Odpaliłem maszynę i ruszyłem w stronę klifu. - Był smok. Ogromny. Ja... Ja nie dałem rady.

- Już, już spokojnie. - odparłem zaniepokojony pocierając rękawem nos i odchylając lekko w bok głowę mistrza ognia. - Jesteś bezpieczny. Zaraz dotrzemy na metę, obiecuję.

- Ja nie dałem mu rady... - krztusił się.

Wykonywałem manewry w prędkości światła. Udało mi się nawet dojrzeć Nyę, która była już prawie na górze. Nie odpuszczałem. Czerwony ninja utrzymywał się przy świadomości, ale nie było z nim zbyt dobrze. Cierpiał. Tracił siły. Widziałem to. Czułem. Za dobrze go znam.

- Jeszcze chwila. - zapewniałem dalej trochę panikując.

Zostały ostatnie metry.

Zaparłem się mechem o skałę, odbiłem i złapałem krawędź. Energicznie się podciągnąłem i byłem na górze.

Source Tournament || NinjagoOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz