Tristan
– Senatorze, miło pana znów widzieć – oznajmił ojciec schodząc po schodach wiodących od głównego wejścia na podjazd, aby przywitać naszych gości.
Jakże był miły. Jakże przyjazny. Wiedziałem, że cały wieczór będzie tryskać humorem i bawić gości, prezentując się od najlepszej strony. Zawsze tak robił, gdy mu na czymś zależało. Był fałszywy do granic. Udawał miłego, podczas gdy na co dzień był prawdziwym potworem.
Bunt...
Arsen zasiał w moim sercu niebezpieczne ziarno, bo patrząc teraz na uradowanego burmistrza czułem, że mógłbym stanąć przeciwko niemu. Brakowało mi tylko ostatecznego zapalnika, który sprawi, że wybuchnę i skończą się moje uniżenie i niewola.
To były niebezpieczne myśli, bo wiązały się ze śmiercią. Już raz uciekłem spod władzy ojca i przypłaciłem to zdrowiem, bo burmistrz nie miał litości nawet dla swojego dziecka. Zdrada to zdrada. Od tamtego momentu traktował mnie jeszcze gorzej niż wcześniej, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że w imię interesów będzie mną kupczył i narzucał małżeństwo.
Widok wynurzającej się z limuzyny Mai sprawił, że przyoblekłem usta w fałszywy uśmiech. Ona była piękna. I durna. Rozwydrzona pannica nie mająca żadnej wiedzy o otaczającym nas świecie. Zawsze otoczona luksusem nigdy nie zaznała prawdziwego życia, nie znała ulicy, a ja najlepiej czułem się właśnie w moim mieście, nie w pałacu. Poza tym Maya była pustą lalką. Za jej wykształcenie zapłacono. Nie miała w głowie nic, prócz ultra drogich torebek i nazwisk projektantów, a jej jednym problemem było w co się ubrać następnego dnia. Próbowałem się do niej przekonać, bo ojciec namawiał mnie na spotkania z nią, ale bezskutecznie. Nie pasowaliśmy do siebie. Szkoda, że ona w swojej głupocie nie widziała tego tak wyraźnie jak ja. Może wtedy odczepiłaby się ode mnie raz a dobrze, a przez to i burmistrz dałby mi z nią spokój?
Żona. Dobre sobie. Jeśli kiedykolwiek sobie ją wezmę, będzie to dziewczyna z miasta, a nie bogaczka wywodząca się z amerykańskiej elity. Pragnąłem normalności, partnerstwa, nie snobizmu. No i nie wyobrażałem sobie w przyszłości mieszkać w tak okropnym miejscu jak rezydencja mojego ojca. Dom powinien być domem, a ja nigdy takiego nie miałem, choć jak córka senatora Greena urodziłem się jako dziedzic fortuny.
– Mayu, jak pięknie wyglądasz. Istna bogini – komplementował dziewczynę ojciec, a mnie mdliło.
Czemu sam jej nie weźmie za żonę? Tyle lat minęło od śmierci matki, a on ograniczał się tylko do kochanek, przeleciało mi przez głowę.
Ruszyłem ku dziewczynie starając się nie okazać jej nieopacznym gestem czy grymasem, jak bardzo mnie wkurwiała.
– Ja również cieszę się na tę kolację – stwierdził senator Green. – Zbliżymy się do siebie, zwłaszcza, że młodzi mają się ku sobie. Miejmy więc nadzieję, że wkrótce nasze więzi staną się jeszcze silniejsze.
Poklepał mnie po ramieniu, gdy przechodziłem obok.
Nie sądzę, pomyślałem, starając się nie skrzywić z obrzydzenia, po czym pochyliłem się i przywitałem Mayę pocałunkiem w policzek, jak zawsze witałem ją i inne dziewczyny, w którymi zdarzało mi się sypiać. To znaczy chciałem ją tak przywitać, ale córka senatora przekręciła twarz i moje usta złączyły się z jej ustami.
– Hej, przystojniaku – zamruczała, chwytając mnie za poły marynarki.
Nie podobała mi się ta poufałość. Ona uroiła sobie moje zainteresowanie. Że też musiałam zwrócić uwagę na nią na jednej z imprez. I że jej nie sprawdziłem, jak to miałem w zwyczaju. Gdybym widział, że ma coś wspólnego z polityką, trzymałbym się od niej z daleka. Wystarczało mi, że ojciec w niej siedział i to już mnie odstręczało. I miałbym rację, bo teraz ta panna rościła sobie do mnie prawa, jakbym już był jej pisany.
– Witaj – stwierdziłem, odsuwając się od niej, by nie powtórzyła zabiegu sprzed chwili. Teraz, gdy wiedziałem, że mam do czynienia z desperatką, brzydziła mnie i cały czar wynikający z jej urody, prysł.
– Uroczo razem wyglądają! – zawołał radośnie senator. – Dadzą nam piękne wnuki!
– Na to liczę – odparł ojciec, rzucając mi znaczące spojrzenie.
Pojąłem je, dlatego pospiesznie wziąłem gapiącą się na mnie jak cielę dziewczynę za rękę. I pomyśleć, że jeszcze dwa tygodnie temu robiłem to z własnej woli. Ale gdy Maya zaczęła mnie osaczać, a potem jeszcze włączyli się w to nasi najbliżsi, a sprawa zrobiła się zbyt poważną niż faktycznie była, jedyne o czym marzyłem to ucieczka z pułapki, w którą mnie wciągano.
Właśnie. Ucieczka...
Oby Arsen nie zawiódł, bo robiło się późno, a ja miałem zdecydowanie inne plany niż bawienie rozkapryszonej księżniczki.
– Może się przejdziecie? – zasugerował burmistrz. – Kolację i tak podadzą o dziewiętnastej trzydzieści. Macie więc trochę czasu. Tristanie pokaż, że jesteś dżentelmenem i oprowadź swoją damę po ogrodach. Zwłaszcza różanym.
Moją damę. Dobre sobie. Moja dama czekała na mnie w Kawowej rozkoszy...
Ze zdumieniem złapałem się na tym, że nazwałem tak Sheri. To było silniejsze ode mnie. W tej chwili wydawała mi się zdecydowanie bardziej interesującą niż Maya, a jej twarz, nienaruszona ręką chirurga, znacznie piękniejsza niż plastikowa doskonałość córki senatora.
– Róże to najpiękniejsze kwiaty w naszej rezydencji, choć i tak ich piękno blednie w obliczu twojej urody – ciągnął swoje farmazony burmistrz, a ja ukradkiem spojrzałem na zegarek.
Dalej! Arsenie! Czekam!
– Och, to urocze – zaćwierkała Maya, po czym przytuliła się do mojego ramienia. – W takim razie zabierz mnie tam, Tristanie i sam mi powiedz, czy twój tata ma rację.
Bez względu na to, jak bardzo mi się to nie podobało, musiałem ulec jej kaprysowi.
– Chodźmy – mruknąłem, ostatkiem silnej woli starając się nie okazać jej swoich niechęci i znudzenia.
CZYTASZ
Król Miasta - PREMIERA 18.06.2025 r.
RomanceOna jest kaleką. On gangsterem, który ją skrzywdził. Ona walczy o swój maleńki biznes. On reprezentuje tego, który ściąga od niej haracz. Ona kocha książki. On ma zakaz czytania. Łączy ich tajemnicze pudełko, w którym ukryta jest tajemnica miasta, k...
