36

811 107 12
                                        


Tristan

Byłem zdenerwowany. Z trudem powstrzymywałem niecierpliwe bębnienie placami o stół, ale czas płynął, a nic się nie działo.

Jeszcze tylko kwadrans...

Złoty, antyczny zegar stojący na ogromnym komiku nieubłaganie odmierzał czas, a ja wciąż tkwiłem na kolacji z wciskaną mi dziewczyną i jej ojcem.

– Tristanie...

Przeniosłem roztargniony wzrok z zegara na siedzącą obok mnie Mayę.

– Tristanie, jak sądzisz? To dobry pomysł? – zapytała.

Nie miałem pojęcia o czym mówi.

– Jasne – przytaknąłem. – Wszystkie twoje pomysły są świetne.

– Naprawdę? Popierasz go? – Uniosła sztuczne brwi w zdumieniu.

– Oczywiście. – Uśmiechnąłem się przymilnie, nadal bez wiedzy, co ma na myśli.

Dziewczyna klasnęła w dłonie i zapiszczała jak nastolatka:

– Och, tatusiu. Słyszałeś? Zgodził się!

– Tak, skarbie – potwierdził senator, a mój ojciec rzucił mi pełne zadowolenia spojrzenie.

To mnie zaniepokoiło.

Ojciec nigdy nie był ze mnie zadowolony...

Na co więc wyraziłem aprobatę?!

– Zaręczyny podczas waszego wyjazdu na Florydę to doskonały pomysł – skomentował burmistrz. – I świetny zabieg marketingowy.

– Tym lepszy, że będzie to tuż przed wyborami. Taki ślub to pewna wygrana. Media podbiją nam zasięgi. Już wkrótce zbudujemy imperium w całej Arizonie – zawtórował mu entuzjastycznie senator.

– Co tam Arizona. Idźmy dalej. Ten kraj potrzebuje ludzi takich jak my i za to powinniśmy teraz wypić – zarechotał ojciec, podczas gdy Maya rzuciła mi się na szyję.

– Och, najdroższy... To już tak niedługo, gdy zostaniesz moim mężem. Jestem taka szczęśliwa.

Nie byłem w stanie odpowiedzieć na jej uścisk. Siedziałem sztywno, jakbym połknął kij.

Co tu się odpieprzyło?!

Ślub na Florydzie?

Wspólny wyjazd?

Pogięło ich?

Przecież miałem zakaz opuszczania Tucson. Doskonale znałem cenę, jaką zapłaciłbym za przekroczenie jego granic.

Mimowolnie potarłem prawą dłoń, przejeżdżając opuszkami palców po pokrytym bliznami naskórku.

Zapatrzony jedynie w polityczną przyszłość i możliwość wyjścia ze swoją władzą poza Tucson burmistrz, nie liczył się z niczym i nikim. Nawet ze mną. Miałem być stopniem do celu, jakim były rządy nad regionem, a potem kto wie? Może i senat, dzięki Greenowi. By zrealizować swoje ambicje ojciec był gotów mnie poświęcić. Jakby ślub był dla niego byle fraszką. W sumie tak było, bo nie dotyczył jego. To ja miałem utracić wolność i związać się na zawsze z laską, którą traktowałem jak tymczasową panienkę do towarzystwa. Nie mogłem na to przystać. Mdliło mnie.

Już miałem przeprosić uradowane towarzystwo i wyjść z salonu pod pozorem udania się do toalety, gdy zadzwonił mój telefon. Błyskawicznie wyjąłem go z wewnętrznej kieszeni marynarki.

Arsen.

Kurwa, nareszcie!

– Przepraszam... skarbie. – Oswobodziłem się z ramion dziewczyny. – Ale to ważne.

Po tych słowach wstałem z miejsca i odszedłem na bok. Będąc w bezpiecznej odległości rzuciłem gniewnie do przyjaciela:

– Co tak długo?!

– Trochę nam zeszło – wydyszał Arsen. – Ten cały Deville nieźle się chroni, ale wreszcie udało nam się wywabić jego ludzi. Kilka koktajli Mołotowa, trochę dymu i rozwałki i dali się sprowokować. Odciągamy ich na północ od rezydencji w góry. Wystrzelamy ich w naszym ulubionym kanionie. Teraz już masz czas dla siebie.

– Dacie sobie radę? – zapytałem zniżając głos, choć siedzący przy stole nie mogli mnie dosłyszeć.

– Śmiesz wątpić we mnie i chłopaków? – zapytał z udawaną obrazą w głosie. – Zrobimy niezłą rozpierduchę, a Deville i reszta jego przydupasów dowiedzą się, kto naprawdę rządzi w Tucson!

– Dobra. Wierzę w was. Dajcie czadu – odpowiedziałam.

– Ty też z tą swoją panną.

Musiałem powstrzymać uśmiech, choć w tej chwili miałem ochotę śmiać się na całe gardło. Arsen nie zawiódł. Teraz czas, bym ja nie zawiódł Sheri.

– Muszę lecieć – oświadczyłem podchodząc do stołu i przybierając na twarzy dramatyczny grymas.

– Jak to? – zdumiała się Maya.

– Już nas opuszczasz? – zapytał jej ojciec, nie kryjąc zawodu.

– Dokąd się niby wybierasz i to akurat w tym momencie? – warknął burmistrz, a jego wzrok zdawał się posyłać mi jasny przekaz: Co ty odpierdalasz, idioto?!

– Ludzie Devilla zaatakowali moich chłopaków, gdy ci byli na patrolu. Proszą o wsparcie. Ponoć jest grubo. Arsen tam jest. To mój najwierniejszy towarzysz. Muszę go wesprzeć – oznajmiłem, nieco zmieniając fakty.

– Musisz iść? – zajęczała Maya. – Nie chcę, by coś ci się stało.

– To moja praca, skarbie – odpowiedziałem. – Musisz się z tym liczyć, zostając moją żoną.

– Wyślij kogoś innego. Jesteś zajęty! – zganił mnie ojciec. W jego głosie dało się słyszeć irytację. Nie mógł tylko dać jej ujścia w pełni, bo bał się zrobić złe wrażenie na swoich gościach.

– Nasi podwładni są rozsiani po mieście. Mają swoje misje i zajęcia, nie mogące czekać. Nie mam kogo wezwać do pomocy dla Arsena. Załatwię sprawę i wrócę!

By nie dać ojcu czasu na ripostę, pospiesznie ruszyłem do drzwi.

Wolny...

Nareszcie wolny!

Znów chciało mi się śmiać ze szczęścia na całe gardło, gdy już znalazłem się w głównym holu.

Sheri, jadę po ciebie!

Nie mogąc dłużej powstrzymywać uśmiechu, wkroczyłem do ogromnego garażu. Przywodził na myśl halę do koszykówki. Był tylko nieco niższy.

Wybrałem mój najlpeszy motor – cały czarny, bez żadnych srebrnych czy chromowanych elementów. Używałem go tylko w wyjątkowych sytuacjach, a randka z Sheri niewątpliwie się do nich kwalifikowała. Sięgnąłem po kask i już miałem na niego wskoczyć, gdy usłyszałem za plecami tubalny głos:

– Na akcję w garniturze?

Król Miasta - PREMIERA 18.06.2025 r.Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz