Rozdział 1

2.3K 107 4
                                        

Siedziała na drzewie pobliskiego lasu i spoglądała na zamek.Kalowenowie.

Wyciągnęła rękę i spojrzała na nią.

Z jej palców buchnęły płomienie.Zamknęła dłoń.Zgasły.

Podsunęła kolana pod brodę.

Głupie królewskie życie to wszystko jest jak jakiś dobry żart.

Ciągłe bala, pilnowanie się przed telewizją.

Co się stało z tymi czasami kiedy dziadkowie cieszyli się tym, że mają sforę i o nią dbają, a nie o jakieś durne królestwo gdzie co druga osoba nienawidzi cię albo chce cię zabić.

Zeskoczyła z drzewa.Usłyszała jakiś szelest.Obróciła się.Nikogo nie widziała.

Ruszyła z powrotem do pałacu.

-Muszę ci coś powiedzieć.Hope.-Mama próbowała uspokoić oddech.

-Nie ja nie mogę.-Wyszła.

Ojciec odprowadził ją wzrokiem.

-Jak dobrze wiesz istnieją łowcy...

-Opowiadałeś mi to kiedyś.

-Tak i ...chodzi o to, że byłaś wychowywana na różnych zasadach walki.

Twój wuj obiecał kiedyś ciebie pewnemu łowcy.Aby zawrzeć pokój między nami.

-Mam być z łowcą?!

-Dlatego zostałaś szkolona aby móc w razie czego obronić cię.

-Nikt nie spytał mnie o zdanie.

-Byłaś jeszcze w brzuchu matki.

-On będzie miał jakieś czterdzieści coś lat.Tato to obleśne.

-Skarbie..

-Nie.Koniec tego.-Wystawiła ręce do góry i obróciła się na pięcie.

-Przyjadą jutro rano.

-Słucham?

-Rada zabierze cię do siebie.Pokażą ci co należy wiedzieć...

-Tato ja nie chce.

-Wiem kochanie. ale to była już uzgodnione zanim się narodziłaś.

-Nie możesz nic z tym zrobić.

-Niestety.

-A jeżeli on mi coś zrobi?

-Nie odważy się, a jeśli nawet by próbował jesteś przecież doskonale wyszkolona..jeszcze rada..

nawet palcem cię nie tknie..-Łzy zebrały się w jej oczach.

-Sprzedaliście mnie za jakiś głupi rozejm.-Wyszła.

Zaczęła się pakować.Nie płakała już.Wiedziała, że to i tak nic nie da.

Mama objęła ją.

-Spokojnie skarbie.

-Mamo ja nie chce być z jakiś starym..

-Skąd wiesz, że on będzie stary?Właśnie nie wiesz.Będzie starszy, ale czy stary?

Zjawili się o świcie.Z kapturami na głowach i spuszczonym wzroku.

Wzięli ją ze sobą.

Jechali konno.

-A nie można autem?Byłoby szybciej.-Nie odpowiedzieli.

Jechali w ciszy.Hope zasnęła.

Obudziła się kiedy zatrzymali się przed jakimś wejściem.

-Witajcie bracia.Ach jakiś nowy?-Ktoś stał w tunelu.

Zeszli z koni.Ściągnął ją któryś z siodła.Zniknęli w ciemnościach.

-Podejdź.Nie bój się.Choć chłopce...zaraz.-Strażnik dopiero pojął swój błąd to nie męzczyzna tylko kobieta.

-Jestem Hope.

-Witaj.Nazywają mnie Cońe.-Szli za światłem.Przed nimi rósł przepiękny las.

-Jak ślicznie.

-Niech cię nie zwiedzie ten widok.Nasz świat może być zarówno tak samo zabójczy jak i urodziwy.

Weszli do ozdobnie zdobionego budynku.

-Świątynia nauki.-Wrota zamknęły się za nimi.

-Witaj.-Skłonił się do niej.

Hope również dygnęła.

-Nie spodziewaliśmy się dziewczyny, ale to nic nie zmienia.Choć za mną.

Pokazali jej pokój.Rozpakowała się.

-Hope.Choć.Za godzinę rozpoczynasz trening.

-Już?

-Im szybciej tym lepiej.


HunterOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz