Thomas
- Tom! Tom! - słyszę znajomy głos i rozglądam się dookoła. Doszedłem już prawie do głównego wejścia szkoły. Jest wczesne popołudnie i w końcu skończyłem zajęcia. Jest dopiero jesień, a ja już jestem zmęczony. Kieruję wzrok w stronę źródła głosu i zauważam Ellie, wymijającą pojedyncze grupy uczniów. Ma zmarszczone brwi i nerwowo podwija w biegu rękawy białego swetra.
- Jak dobrze, że jeszcze nie wyszedłeś - staje przy mnie i wzdycha głęboko, sprawiając wrażenie zdezorientowanej.
- Co się stało? - pytam, zerkając na nią. Zdejmuję skórzaną torbę z ramienia i odkładam ją na podłogę.
- Widziałeś dziś Jess? - opiera ręce na ramionach. - Szukałam jej, dzwoniłam, pisałam. I nic.
- Nie, nie widziałem - odpowiadam, szukając czegoś w pamięci, ale bezskutecznie. - A co?
- Nie słyszałeś? W całej szkole o tym mówią - patrzy na mnie z przejęciem. - Ojciec Jess się przyznał do winy.
- Jak to? - pytam, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszałem. - Może to tylko głupie plotki?
- Nie sądzę - kręci głową i spuszcza wzrok na ziemię. - Biedna Jess. A nawet nie mogę z nią porozmawiać.
- Ojciec Jess winny? Nie - kręcę głową. - Nie wierzę. Coś jest nie tak.
- Nawet bardzo - mruczy Ellie. - Nie możemy tego tak zostawić.
- Okej, chodź - łapię ją za ramię i podnoszę torbę. - Spotkamy się z Howardami i Jake'iem na dziedzińcu. Zaraz do nich napiszę.
- Tak, dowiedziałem się o tym dosłownie kilkadziesiąt minut temu - Daniel patrzy na nas z przejęciem. Usiedliśmy przy pustym, niebieskim stoliku na dziedzińcu szkolnym. Daniel przyszedł sam, bez Amy. Podobno źle się czuje i została w domu.
- I co o tym sądzisz? - Ellie nachyla się w stronę Daniela, siedzącego naprzeciwko nas.
- Uwaga! - przerywam i podnoszę końce włosów Ellie, opadające na stół chroniąc je przed ubrudzoną żółte sosem powierzchnią. Prostuje się i patrzy na mnie zaskoczona. Kręcę głową zmieszany i puszczając włosy, odsuwam się od niej. - Kontynuujcie.
- Okej - Daniel przewraca oczami i ponownie spogląda na Ellie. - Albo faktycznie jest zabójcą, albo ktoś go wrobił.
- Którą opcję wybierasz? - dopytuję się.
- Nie wiem - wzdycha i przeczesuje blond włosy. - Nic nie można wykluczać, pamiętajmy o tym.
- Ale George Fowler? Zabójcą? No przecież to nie ma sensu - zauważa Ellie, marszcząc brwi.
- Tak, to też prawda - potakuje Daniel i milknie. - Gdzie w ogóle jest Mitchell?
- Nie wiem - wzruszam ramionami. - Nie odpisał mi jeszcze na wiadomość.
- Super - komentuje Daniel, mrużąc oczy.
- Dobra, musimy ustalić, co robimy - zmienia temat Ellie. - Ale, jak zaczniemy znowu, no wiecie, węszyć, to wszyscy znowu się połapią.
- Dlatego musimy znowu uzyskać zgodę na nasze mini śledztwo - uśmiecha się Daniel.
- Co masz na myśli? - pytam, widząc typowy uśmiech Daniela, świadczący o jakimś doskonałym pomyśle.
- Pójdziemy do profesora Colemana - wzrusza ramionami.
- Nie wiem, czy pamiętasz, ale zawiesił naszą grupę - wzdycham.
- Bo twój ojciec mu kazał. Podejdziemy do niego innym sposobem.
- Jakim? - pytam, myśląc nad jakimś rozwiązaniem.
- Jeszcze nie wiem, wyjdzie w praniu - wzrusza ramionami i wstaje.
- Chcesz iść do niego teraz? - podnoszę się i okrążam stolik.
- Tak. Czemu nie - odpowiada i podnosi plecak z plastikowej ławki.
- Poczekaj! - Ellie wygrzebuje nogi spod stolika i dołącza do nas.
- Nie ułożymy nawet żadnego planu? - dopytuję się, marszcząc czoło. Małe szanse, że to się uda, małe.
- Nie, chodź - zachęca mnie skinieniem głowy i rusza w kierunku szkoły z Ellie.
- Świetnie - mruczę i wzdycham. - Poczekajcie na mnie!
Stajemy pod salą 101. Srebrna tabliczka jest już wyblakła, podobnie jak klamka od drzwi. Daniel puka w nie lekko i wchodzi do środka. Wchodzimy do sali wyglądającej jak wszystkie - pojedyncze ławki i krzesła w rzędach, biurko nauczyciela na końcu. Przy którym zresztą siedzi Kenneth, pochylony nad blatem. Jedyną rzeczą odróżniającą sale, są plakaty na ścianach. W każdej są tematyczne, w zależności od przedmiotu. W sali 101 królują plakaty promujące czytanie książek, pisanie i sprawy tym podobne.
- Och, nie zauważyłem was - odzywa się po chwili Kenneth, zerkając na nas znad biurka. Wstaje i poprawia swoją tweedową marynarkę. - Długo już tu stoicie?
- Właśnie weszliśmy - odpowiadam, nie wiedząc, jak zacząć rozmowę. To zabawne, znam Kennetha praktycznie od urodzenia, a w nie wiem, co powiedzieć w tak ważnej sprawie. Pewnie od razu coś bym spieprzył, pozwolę Danielowi mówić.
- Co was do mnie sprowadza? - pyta, krzyżując ręce i opierając się o biurko.
- To sprawa życia i śmierci - informuje Ellie, prostując się.
- W takim razie, zamieniam się w słuch.
- Chodzi o próbę rozwiązania masakry - zaczyna Daniel niepewnie.
- Wiecie, co sądzę na ten temat - odpowiada Kenneth, patrząc na nas z osobna. - I co myślą wasi rodzice. To przysparza wam wiele kłopotów.
- Tak, rodzice są głównym problemem - włączam się, mówiąc z przekąsem. - Coś ukrywają.
- Okej, Tom, po kolei - ucisza mnie Ellie, patrząc na mnie wymownie. - Chodzi o to, że sprawy się skomplikowały. Na pewno wie pan, że aresztowano George'a Fowlera. I to, że przyznał się do zabójstwa Olivii.
- Słyszałem. Wszyscy o tym mówią, nawet nauczyciele - unosi brew do góry. - Nawet nie wiecie, co można usłyszeć w pokoju nauczycielskim...
- Tak, tak, zostawmy to na inny dzień - przerywam mu. Nie czas na opowieści.
- Nie uważa pan, że coś jest nie tak? George Fowler to porządny człowiek, ktoś go musiał wrobić - Ellie krzyżuje ręce.
- Tak, George to naprawdę fajny gość - przytakuje Kenneth.
- Moim... naszym zdaniem, to wszystko jest powiązane. Masakra z 75 roku i zabójstwa Olivii i policjanta - zaczyna Daniel. - Jesteśmy na dobrej drodze, może nawet wyprzedziliśmy szeryfa, możliwe, że nie wie, tego, co my. Dlatego tak ważne jest to, żebyśmy mieli mozliwość dlaszych poszukiwań.
- Wiecie, że waszym rodzicom się to nie spodoba? - pyta Kenneth, marszcząc brwi.
- Pieprzyć ich - mruczę.
- Tom! - upomina mnie Kenneth. - Chcę tylko powiedzieć, że wiem, jak to jest dla was ważne, naprawdę. Tylko gdyby ktoś się dowiedział, że wam na to pozwoliłem...
- A gdyby nikt się nie dowiedział? - pyta nagle Daniel, uśmiechając się półgębkiem.
- Nie wiem, czy to wypali, Daniel.
- Wypali, mówię panu - zapewnia go Daniel. - Jesteśmy w stanie pracować dyskretnie. Jakoś do tej pory to robiliśmy i nikt się nie zorientował...
- Czyli mimo zakazu...? - pyta Kenneth i zauważam, że lekko się uśmiecha.
- Tak - potwierdzam. - Tylko teraz trzeba wyjść do ludzi, więc przyszliśmy do ciebie. W razie czego będziesz nas kryć.
- Zaraz, zaraz, podobno mieliście działać dyskretnie.
- No tak, ale zawsze potrzebne jest jakieś ubezpieczenie - wyjaśnia Ellie. - Gdy byliśmy w lesie, niczego nie potrzebowaliśmy. Teraz trochę bardziej.
- Tak, właśnie myślałem, że dziś odwiedzimy raz jeszcze policjanta, który pracował podczas masakry. Może powie nam coś więcej - dodaje Daniel. - Do burmistrza mogą dojść plotki, że tam byliśmy, wie pan, jak szybko się rozchodzą.
- I to mnie martwi - mówi cicho Kenneth.
- Daj spokój, będziemy ostrożni - patrzę na niego i mówię stanowczo.
- Naprawdę - potwierdza Ellie.
- Okej - Kenneth wzdycha głośno. - Ale macie być ostrożni, tak? Jak wiecie, że piszecie się na coś niebezpiecznego, to tego nie róbcie. Nie wiadomo, na kogo traficie.
- Oczywiście - zapewnia Daniel, uśmiechając się. - I nikt się nie dowie o naszej małej współpracy.
- To uciekajcie, jeszcze ktoś zacznie podejrzewać - śmieje się cicho Kenneth. - I nie zróbcie czegoś głupiego.
- Jasna sprawa - odpowiadam z ulgą i kieruję się w stronę drzwi, manewrując między ławkami z dziwną lekkością. Za mną słyszę przytłumione kroki moich towarzyszy. Czas ruszać dalej i wreszcie rozwiązać tę zagadkę.
X
Idę pustym korytarzem szkolnym. Zajęcia już się skończyły, więc po uczniach nie ma nawet śladu. To dobrze, nikt nie może mnie zobaczyć. Mijam rząd metalowych, granatowych szafek, przywołujących wiele miłych wspomnień. Otrząsam się. To nie ten czas, czeka mnie coś ważniejszego. Rozglądam się za moim celem, mijając kolejne drzwi prowadzące do sal lekcyjnych. 104..., 103..., już blisko... 102... Jest! Liczba 101 jest lekko zamazana, ale widnieje na zamkniętych, jasnobrązowych drzwiach. Zerkam do środka przez oszkloną część. Pusto, nikogo nie ma. Ostrożnie i cicho uchylam drzwi i wślizguję się do środka. Szybko wymijam rzędy stolików i dochodzę do wysokiej szafki stojącej przy biurku nauczyciela. Sięgam do najwyższej półki, grzebiąc między teczkami. Wreszcie moje palce natrafiają na kanciasty przedmiot. Bingo. Chwytam go mocno i staję prosto. Od razu dostrzegam, że to mój dyktafon. Nadal nagrywa, więc szybko go wyłączam. Lepiej, żeby nie tracił baterii, jeszcze się przyda. Swoją drogą, bardzo przydatna rzecz. Wystarczyło podłożyć go rano, gdy nikt nie widział. Teraz mam wszystko na nagraniu.
Siadam na podłodze za biurkiem, żeby przypadkiem nikt, kto przechodzi korytarzem, mnie nie zauważył. Grzebię w tylnej kieszeni i wyjmuję czarne, splątane słuchawki. Męczę się chwilę z nimi i po kilku przekleństwach, podłączam je do dyktafonu. Czas dowiedzieć się, co planują.
Przewijam kilka pierwszych godzin i czekam na odpowiednią rozmowę. Po kilku minutach ciszy nadchodzi odpowiednia chwila. Koncentruję się na nagranej konwersacji.
Po kilku minutach wstaję z uśmiechem na ustach. Mam, co potrzebuję. Czas na działanie.
Wkładam dyktafon do kieszeni i kieruję się do drzwi. Szybko przemykam korytarzem i wychodzę tylnym wyjściem. Mrużę oczy, gdy docierają do mnie promienie słońca. Rozglądam się dookoła wielkiej, zielonej przestrzeni przy szkole i po chwili dostrzegam mały domek ogrodnika, dbającego o trawę i rośliny.
Świetnie. Kieruję się wzdłuż ściany szkoły, żeby nikt mnie nie zauważył. Gdy dochodzę do wysokości domku, kilkoma susami przemierzam dzielącą mnie odległość od celu.
Kładę dłonie na metalowej klamce i pociągam. Otwarte. Wypuszczam powietrze i wchodzę do środka. Jest ciemno i duszno, ale widzę niektóre kształty i przedmioty. Zauważam łopaty, kosiarkę i inne sprzęty. Gdzie to jest, do cholery? Rozglądam się jeszcze chwilę i z ulgą zauważam czerwony kanister. Sięgam po niego. Ciężki, pełny benzyny. Nada się idealnie.
Uśmiecham się szeroko i wychodzę na zewnątrz. Przebiegam pod ścianę budynku i stawiam kanister na ziemi. Jeszcze jedna rzecz. Zdejmuję gumkę z nadgarstka i związuję sobie włosy w kucyk. Bezpieczeństwo przede wszystkim.
Daniel
- Jake odpisał - Tom wyrywa mnie ze stanu zamyślenia. - Dołączy do nas na miejscu. Tylko skończy trening na siłowni.
- Typowy Jake - mruczę i spoglądam na drogę. Wóz udało się uruchomić, ale ciekawe, czy wytrzyma aż do Hope. Najwyżej będziemy wracać pieszo, co nie będzie przyjemnie. Chyba, że dowiemy się czegoś od tego byłego gliniarza, Henry'ego Poole'a czegoś ciekawego. Będziemy mieć przynajmniej jakieś pocieszenie.
- Napisał też, że próbował skontaktować się z Jess, ale nie odpowiada - dodaje Tom.
- Może potrzebuje trochę czasu - zerkam na lusterko na odbicie Ellie siedzącej z tyłu. Widzę w jej oczach, że bardzo martwi się o Jess. - Ellie, spoko. Wszytko będzie w porządku.
- Okej - odpowiada niemrawo. - Kiedy będziemy na miejscu?
- Jeszcze kilka minut - odpowiadam i koncentruję się na trasie. Moi towarzysze milkną, więc nie podejmuję rozmowy.
Skręcam w ulicę prowadzącą do celu. Od razu zauważam, że coś jest nie tak. Przed nami stoi kilka wozów strażackich i ambulans. Podjeżdżam jeszcze bliżej, żeby zobaczyć, o co chodzi.
- Kurwa - klnie Tom, wychylając się do przodu.
Tak, to idealne podsumowanie. Najpierw zauważam ciemny dym, a potem płomienie liżące ściany budynku. Dom Henry'ego Poole'a płonie. I to jak cholera.
CZYTASZ
Cisza przed burzą
מסתורין / מותחןJakie tajemnice kryją mieszkańcy spokojnego miasteczka? okładka zrobiona przez @Marlena1999
