Rozdział IV.

5K 465 183
                                        

Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia przywitał mieszkańców Paryża obfitym śniegiem, mieniącym się w słońcu i spoczywającym w puszystych fałdach. Wyściełał ulice, trawniki i dachy wszystkich budynków, wprowadzając w zachwyt szczególnie najmłodsze pokolenie francuskich rodzin. Juliusz, może niekwalifikujący się już wiekiem, także kochał ten krajobraz. Zaraz po wstaniu z łóżka, na które padł sam nie pamiętał kiedy, podszedł do okna i zawiesił wzrok na białej pieni, rozprzestrzeniającej się aż do Pól Elizejskich. Korzystał z faktu, że nie czuł się najgorzej. Wbrew swoim oczekiwaniom, nie bolała go głowa, jedynie pragnienie paliło jego przełyk ogniem niczym z piekła.

Westchnął przeciągle, przypominając sobie, czemu tak właściwie podejrzewał u siebie tak zły stan zdrowia. Nie tak miał potoczyć się wczorajszy wieczór. Pamiętał dobrze wszystko, co wydarzyło się minionej nocy i mógł bez skrupułów stwierdzić, że jedynym plusem jego infantylnego zachowania było nazwanie Mickiewicza Adasiem. Do tej pory widział gniew malujący się w jego błękitnych oczach. Dałby sobie obciąć rękę, że mężczyźnie, akceptującemu docinki jedynie z własnej strony, pociemniały te wypłowiałe tęczówki.

Juliusz uśmiechnął się pod nosem z głupoty swojego pomysłu. I tak wiadome było, że to Adam wygrał. Już w momencie gdy zobaczył Juliusza pierwszy raz, stojącego w progu kawiarni. To on rozdawał karty, a Słowacki dał się wciągnąć w głupią grę. Ostatnim pytaniem, które nasuwało mu się na myśl, to dlaczego tak bardzo chciał widzieć się z matką młodego chłopaka...

Jedno było jednak pewne. Adam miał wysokie poważanie u innych. A inni byli u niego w głębokim poważaniu.

-Piękna gra słów, panie Słowacki... -mruknął, przecierając zaparowaną od swojego oddechu szybę. Dlaczego w jego własnej głowie wszystko brzmiało lepiej niż gdy wypowiadał to na głos?

-Witam, panie Słowacki -tubalny głos wyrwał blondyna z zamyślenia.

Było to ostatnią rzeczą, jakiej spodziewał się osiemnastolatek. Odwrócił się speszony przodem do swojego rozmówcy, spoglądając na niego spode łba. Co on tu, do licha, robił?

-Witam, panie Mickiewicz -dzieliło ich może półtora metra odległości, a on nawet nie zauważył, jak mężczyzna otworzył drzwi i wszedł do jego pokoju nieproszony. A może pukał, tylko Słowacki nie usłyszał? Oby tylko Adam nie usłyszał jego głośno wypowiadanych myśli.

-Myślałem, że pan jeszcze śpi, więc pozwoliłem sobie wejść bez pukania -uśmiechnął się zawadiacko, ukazując szereg białych zębów. Zatem to nie ja jestem ignorantem, to on jest arogancki, pomyślał Juliusz, nie kusząc się o odwzajemnienie gestu.

-Nie musi się pan tak martwić -wzruszył ramionami i posłał mu pytające spojrzenie, gdyż dalej nie dowiedział się, czemu może zawdzięczać jego wizytę w tych stronach domu. W zasadzie czemu w ogóle jeszcze gości w tym domu?

-Widzę, że dużo piszesz -podszedł bliżej sekretarzyka Juliusza, przy którym stał też chłopak. Drewniany mebel postawiono idealnie pod oknem, by promienie słońca lepiej oświetlały warsztat pisarski nastolatka. -Hmm... -bez pytania podniósł jedną z luźno rozsypanych kartek żółtego papieru. Nie silił się już na uprzejmość. Dostrzegając tyle zapisanego materiału, otworzył szerzej oczy.

-Mama powiedziała panu, ile mam lat, skoro już nie jestem panem Słowackim? -zażartował Juliusz, choć mimo wszystko bardziej podobało mu się zwracanie do niego na "ty". Nieważne czy był to ktoś, za kim nie przepadał -dziwnie czuł się, będąc nazywanym tak dorośle.

-Jeszcze nie... -powiedział bezrefleksyjnie, wczytując się w treść strony. -Co to ma być? -machnął przed nim świstkiem papieru.

-Nic co powinno cię obchodzić -wyrwał mu z ręki zmiętą kartkę. Wtargnął do jego pokoju i jeszcze miał czelność grzebać w jego papierach. Może kobiety pociągała taka impertynencja, ale na pewno nie Słowackiego. -Po coś konkretnego tu przyszedłeś? -zmierzył go wzrokiem od stóp do głów.

Persona -SłowackiewiczOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz