Wszystkie osoby, których wcześniej tak uparcie wyczekiwał, znalazły się same. Co śmieszniejsze -w tym samym miejscu i o tak samo nieodpowiednim czasie.
Po przekroczeniu progu mieszkania stanął jak wryty, zrobił raptowną przerwę w oddychaniu i byłby zaczął coś mówić, ale nie -jeszcze nie teraz. Miał ważniejsze rzeczy do zrobienia od wdawania się w dyskusje z nimi.
Eliza stała przy ścianie. W dłoniach miętoliła jakąś haftowaną chusteczkę, rzucając ukradkowe spojrzenia to na Adama, to na Juliusza, to na Zygmunta.
Co tu robił Krasiński? Mickiewicz znał odpowiedź, choć wydawała mu się tak absurdalna, że wręcz niemożliwa. Dawało mu to jednak pewną możliwość porozumienia się ze służącą... Ale to później, zaznaczył sobie i pociągnął Słowackiego za sobą do jego sypialni.
Widział krytyczne spojrzenie Elizy i skonsternowaną minę Zygmunta. Mężczyzna nie zdawał sobie sprawy z tego, czego rudowłosa kobieta była świadkiem jeszcze kilka dni temu. Chyba, że zdążyła o wszystkim mu powiedzieć...
-Co mu się, u licha, stało? -pierwszy odezwał się Zygmunt, przerywając toporną ciszę, zaległą nad ich głowami.
-To. Nie. Ja. -wycedził przez zęby Mickiewicz. Już czuł na barkach podejrzenia, że to on stał za wszystkim, co złe. Może zbyt pochopnie ocenił intencje przyjaciela. Wolał jednak zaznaczyć Elizie, iż ponowny krytyczny stan Juliusza, to nie jego wina, a dziwny zbieg okoliczności... -W każdym razie -dodał bardziej uprzejmie. -Mógłbyś mi pomóc? -obrócił lekko głowę i posłał Krasińskiemu znaczące spojrzenie. Zapewne Eliza bardziej by im się przydała -ona miała rękę do opatrywania i podobnych czynności. Były jednak sprawy, o których to z nim musiał porozmawiać.
-Tak, już idę -bąknął pod nosem i ruszył za Mickiewiczem i Słowackim, który powoli nabierał kolorów na twarzy i zdrowej postawy. Zygmunt zachodził w głowę, co też mogło być przyczyną tak miernego stanu Juliusza.
Chłopak usiadł na kanapie pod ścianą, opierając się o nią plecami i spoglądał na Adama i jego przyjaciela, krzątających się od drzwi, do biurka, to też do łazienki, z której przyniesiono bandaż na jego skaleczoną dłoń.
Dopiero teraz Krasiński zauważył szramę, rozciągającą się na ręce młodego chłopaka. Ślady krwi zdobiły mankiety, większą część jego dłoni i palce drugiej, próbujące zatamować krwawienie. Widok był zatrważający, zwłaszcza, że mężczyzna doskonale zdawał sobie sprawę, skąd Mickiewicz i on wracali.
-Sam to sobie zrobiłeś? -przysiadł obok blondyna i zapytał spokojnym głosem, nie chcąc go do siebie zrazić. Gdyby zobaczył Adama z taką raną, zrobiłby mu awanturę, co on najlepszego wyprawia. Ewentualnie dał zakaz na upijanie się do stanu, w którym ten nie kontrolował już swoich głupich pomysłów. A tych miewał całkiem sporo.
-Nie do końca -przyznał, nie wiedząc, jak ubrać to wszystko w słowa. Patrzył to na rękę, obwiązaną białym materiałem, który powoli przesiąkał na czerwono, to na jakiś punkt przed sobą.
-Więc jak do tego doszło? -naciskał Krasiński, jednak obiektem jego uwagi nie był wcale Słowacki a Mickiewicz, przemierzający odległość od okna do drzwi i zastanawiający się nad czymś.
-Dlaczego cię dziś nie było? -zapytał z wyrzutem Adam. -Wtedy miałbyś informacje z pierwszej ręki.
-Nie mogłem, byłem zajęty...
-Byłeś zajęty moją służącą! -wpadł mu w słowo Mickiewicz i odwrócił do niego, stając z założonymi rękami.
-Jak sam zauważyłeś -to tylko twoja służąca, więc w czym widzisz problem? -nie szczędził sobie ironii.
-W tym, że zaniedbujesz ważne spotkania! W celu czego? Odbijania mojej kochanki? -parsknął wyniośle Mickiewicz. Nie miał zamiaru pozwolić Krasińskiemu zbić się z pantałyku -na pewno nie w jego własnym domu.
CZYTASZ
Persona -Słowackiewicz
Romance„Duchowi memu dał w pysk i poszedł." XIX wiek -wiek wielkich wydarzeń, miłości i spotkań, które nigdy nie kończą się tak jak powinny... okładka autorstwa @ka_flexing >>>>
