Minął miesiąc. Minął bardzo długi miesiąc od tamtej wizyty, a on co dnia przypominał sobie na nowo jej przebieg. Co dnia przed oczy powracał mu obraz Juliusza i jego matki, choć tego pierwszego znacznie częściej i mocniej. Czy w głębi serca tak bardzo zależało mu na względach u Salomei? Przecież już nie był dzieckiem a dorosłym mężczyzną, który potrafi zająć się samym sobą i niepotrzebna mu opieka matki. Zwłaszcza, że jego biologiczna rodzicielka już dawno leżała w grobie, a on łajał się po dziś dzień, że nigdy nie oddał jej należytego szacunku. Nie odbył żałoby godnej zranionego syna. Jeszcze gdy był małym chłopcem w jego głowie narodziło się marzenie pani Słowackiej będącej prawdziwą matką Mickiewicza. Ale tego nie był w stanie zmienić ani pieniędzmi, ani miłością, którą przelewał na tę kobietę od momentu, gdy trafiła w progi jego domu w Nowogródku.
Opierał się potężnymi dłońmi o jasny parapet pod oknem w swoim pokoju i wyglądał bezrefleksyjnie przez okno, myśląc o tym wszystkim z perspektywy czasu. Ile już minęło? Poza tym jednym miesiącem złożonym z niekończących się dni... Przeszło osiemnaście lat. Nie zapomniał tego, czego się dopuścił. Jego pacholęci wiek nie tłumaczył niczego, jedynie pozwolił mu zatrzeć nieco wyrzuty sumienia, odgradzając murowaną ścianą to wydarzenie od innych myśli, zaprzątających mu głowę. W końcu nic się nie stało. Juliusz żył i miał się dobrze... Przynajmniej wtedy, gdy był niemowlęciem. Wkraczanie w dorosłość nie szło mu zbyt dobrze, zauważył Adam, przypominając sobie załzawioną twarz chłopaka, kiedy spotkał go ostatnio w jego pokoju. On również mu w tym nie pomagał. Ten pocałunek... Nie. Musiał przestać o nim myśleć. Już wszystko skończone. Z Salomeą. Z Juliuszem. Ze wszystkimi Słowackimi miał na pieńku. Co było z nim nie tak, że z każdym wchodził w nieodpowiednie relacje?
Ogarnęła go bezsilność. Nie pogodził się z własną obietnicą, ale nie był też w stanie jej złamać. Nie wiedział, czy kobieta wzięła sobie jego słowa do serca, jednak postanowił choć raz wykazać się honorem i dotrzymać słowa. Przynajmniej sprawi, że będzie ona spokojniejsza o syna. Przynajmniej działało to w tą jedną stronę, bo on miał spędzić jeszcze wiele nieprzespanych nocy, zamęczając się przerażonym spojrzeniem Juliusza na dźwięk słów, że ktoś chciał go zabić. A tym kimś był właśnie Adam.
Nie dane mu było snuć dalszych przemyśleń, ze szczęściem dla niego samego, bo w jego progach pojawił się dobry przyjaciel. Czy dobry -sam spekulował to stwierdzenie, nie ulegało jednak wątpliwości, że we Francji tylko on posiadał głowę na karku.
-Wdziewaj fraki, kolego -Krasiński przeszedł do środka bez pytania i stanął przed spiętymi plecami Adama.
-Nie przypominam sobie, bym cię zapraszał, mój drogi kolego -przywitał się sarkastycznie brunet. Obecność Zygmunta w tym momencie była mu obojętna, jeśli miał zamiar wytrzymać impertynencję mężczyzny -w porządku, jeśli miał zamiar się poddać -Adam nie przewidywał, że skończy się to inaczej niż tak.
-Ja również sobie nie przypominam, gdyż to ty zostałeś zaproszony -wyjaśnił dość enigmatycznie jego przyjaciel i przemierzył kolejnych kilka kroków, by dotknąć ramienia Adama. Ten wciąż opierał się o parapet, wyglądając przez okno. Tylko na sekundę odwrócił wzrok na przybysza, rozproszony hałasem otwieranych drzwi do jego pokoju.
-Wszystko z tobą dobrze? -zaniepokoił się Zygmunt. Od pierwszej chwili, gdy przestąpił próg pomieszczenia, Mickiewicz zauważył, że ubrał się wyjątkowo strojnie i elegancko. Nie w typie Krasińskiego. Nigdy nie zakładał na siebie tak drogich rzeczy.
-Tak, tak -mamrotał pod nosem, strząsając z siebie dłoń Zygmunta. -Do ślubu idziesz? -zmarszczył brwi ze zdziwienia i po raz kolejny omiótł wzrokiem postać drugiego mężczyzny.
-Chciałbym, niestety twoja Eliza wciąż nie uległa mojemu urokowi -żachnął się, by niedługo potem zaśmiać krótko z własnego żartu.
-Oddam ci ją -udał, że się zamyśla i machnął lekceważąco ręką. -Powiedz mi tylko z jakiej to okazji? -wspomnianą dłoń przeniósł z powietrza na klatkę piersiową Krasińskiego i poklepał ją -a raczej wykrochmaloną koszulę, zakrywającą jego ciało.
-Zapomniałeś...
-O czym, mówże prędzej?!
-Jakiś czas temu zobowiązaliśmy się uczestniczyć w spotkaniu, dotyczącym wyzwolenia Polski -tłumaczył, ale Adam już nie słuchał.
Racja, jak mógł o tym zapomnieć? Mętne urywki wspomnienia przebijały się do jego czaszki, jakieś spotkanie, propozycja współpracy, walka narodowa.
-I to już dziś?
-Owszem.
-Psiakrew -fuknął.
-Zawołać Elizę?
-Po co?!
-Ona szybciej naszykuje ci ubranie...
-Jeśli pod pretekstem chcesz się z nią spotkać, to wiedz, że możesz to zrobić nawet bez niego -taksował Krasińskiego czujnym wzrokiem. Na jego twarzy malował się półuśmiech i Adam już wiedział, w jakich zamiarach Zygmunt chce się udać do służącej.
-Oh... -z ust Krasińskiego wyrwało się krótkie westchnięcie.
-Zejdź mi z oczu, spotkamy się przy wyjściu -zadecydował Mickiewicz, odchodząc do masywnej, drewnianej szafy w poszukiwaniu odpowiedniego odzienia.
CZYTASZ
Persona -Słowackiewicz
Romance„Duchowi memu dał w pysk i poszedł." XIX wiek -wiek wielkich wydarzeń, miłości i spotkań, które nigdy nie kończą się tak jak powinny... okładka autorstwa @ka_flexing >>>>
