Wszyscy stłoczeni byli w salonie. Polecono zrobić jedno duże koło, by każdy znajdował się twarzą do siebie. I tak stali, czekając co się wydarzy. Towiański nie był skory do uprzedniego informowania swoich gości, w czym mieli brać udział. Może uważał, że jeśli są na tyle wyjątkowi, by ich tu spraszać i włączać do organizacji, to są też na tyle inteligentni, iż domyślą się sami.
Mickiewicz nie patrzył na nikogo. Błądził mętnym wzrokiem po twarzach zebranych mężczyzn. Jak na złość, Odyniec i Słowacki ustawili się naprzeciwko niego. Nie zdążył nawet zamienić z nim słowa, bo Andrzej wszedł do salonu i zakomenderował im to zadanie. A czemu ono miało służyć? Czuł się na powrót w szkole podstawowej, kiedy to nauczyciele kazali im się ze sobą zintegrować za pomocą zabaw w kole. Co za niedorzeczność, pomyślał.
Obiektem jego zainteresowania stał się jednak wyraz twarzy Antoniego, który teraz łypał na niego z satysfakcją i jakąś wyższością. Czy to dla niego gra? Miał teraz zamiar bojkotować każde przedsięwzięcie Adama, bo ten powiedział mu parę niemiłych słów, bo nie zgadzali się we wszystkich kwestiach? Nieopisana dla niego była logika tego człowieka. I nie pragnął jej zrozumieć tak długo, jak nie wtrącał w to Juliusza.
-Jestem niezmiernie rad, że widzę tu tyle nowych, dobrze zapowiadających się twarzy -oznajmił Towiański typowym dla siebie spokojnym głosem. -Aby nie przedłużać bardziej, zapraszam państwa ze sobą, a pozostałym członkom polecam zacząć spotkanie od modlitwy -nie tłumacząc nic więcej zniknął w przejściu między salonem a korytarzem. Bez zwlekania, nowi udali się za nim, by nie zgubić go z oczu.
Adam przeniósł wzrok na Julka. Chłopak zdawał się nieobecny -wykonywał jedynie dane mu polecenia, podążał za tłumem. Mężczyzna nie był nawet pewien, czy Słowacki rzeczywiście przybył tu z własnej woli. W jego oczach malowała się dziwna niepewność połączona z uporem. Juliusz zawsze był uparty, to nie ulegało wątpliwość. Czy miał jednak świadomość, w jak ważnej sprawie zgodził się brać udział? Mickiewicz szczerze w to wątpił.
I skąd, do cholery, znali się z Odyńcem?
Nie mógł skupić się na niczym. Od samego wejścia do pomieszczenia, jego myśli rozproszyły się na wszystkie strony, nie pozwalając podejść do rzeczy racjonalnie. I to wszystko przez chłopaka w kręconych włosach, którego jeszcze niedawno trzymał w objęciach i składał pocałunki na jego miękkich i delikatnych ustach. A teraz czuł, że jeśli zaraz nie zareaguje, obaj znajdą się po przeciwnych stronach barykady. Nie chciał do tego znowu dopuścić. Tyle już razy miał wrażenie, że go traci...
-Nie wierzę w to... -wymsknęło się z jego ust. Przetarł twarz dłonią i podniósł wzrok na pozostałą jedenastkę zebranych mężczyzn, zdając sobie sprawę, że byli właśnie w trakcie modlitwy. Odwzajemnił obojętnie spojrzenie jednego z nich. Naprawdę mieli zamiar potulnie wykonywać polecenia Towiańskiego? Cóż im z modlitwy -trzeba było rozpocząć prawdziwą rozmowę, plany, cokolwiek...
Westchnął cicho i niepostrzeżenie, a przynajmniej tak próbował, wydostał się z kręgu i skierował w stronę, gdzie poszli Andrzej i nowi członkowie. Potrzebował chwili samotności. Potrzebował zejść z oczu Antoniemu, skoro ten nachalnie wpadał w jego pole widzenia.
Stanął w korytarzu, opierając się o ścianę, dzielącą hol z salonem. Zamknął oczy na kilka długich chwil, próbując zebrać się w sobie i znaleźć wystarczająco dużo siły psychicznej, by na wstępie nie zwariować. A sam czuł, że odchodzi od niego zdrowy rozsądek i do głosu dobiera się wszystko, co w nim najgorsze... Zazdrość? Nigdy nie uważał się za takiego człowieka. Ani za kogoś szukającego wszędzie intryg -czy mógłby się tak pomylić co do siebie?
-Adamie, coś się stało? -podszedł do niego niższy mężczyzna o wyrachowanym spojrzeniu. Patrzyli na siebie bez słowa. Bo co było do powiedzenia? Mickiewicz nie chciał wdawać się z nim w dyskusje. -Tak cię zabolało, że pierwszym był u pana Słowackiego? -uniósł brwi w szyderczym geście zdziwienia i lustrował niewyraźną twarz drugiego poety.
-W jakim to celu? -zapytał chłodnym, opanowanym głosem. Gdyby nie zakłócenia w postaci odmawianych modlitw z drugiego pokoju, najpewniej usłyszeliby echo, równie złowieszczo roznoszące się po holu.
-Co takiego? -grał z nim, Mickiewicz był już tego pewien. Ale za jaką nagrodę?
-Po coś sprowadzał tu Słowackiego? -słowa opuszczały jego gardło praktycznie szeptem, ale w głowie każdy wyraz krzyczał wprost w jego uszy, nadwerężał nerwy i powodował miarowe zaciskanie się i rozluźnianie pięści. -Nawet go nie znasz.
-A ty go znasz? -zaśmiał się dobrodusznie, jakby Adam był pięcioletnim, nierozumnym świata dzieckiem. -Jego matka jest mi bliską znajomą. Usłyszawszy jej nazwisko na ostatnim spotkaniu Koła Sprawy Bożej, postanowiłem ją odwiedzić... I przy okazji poznać jej syna, o którego tak się rozogniłeś. Jak teraz, zresztą -parsknął z wyrzutem.
-I on tak po prostu przystał na twoje... -przez usta nie przechodziły mu podobne słowa.
-Zaproszenie? No cóż, musiałem mu najpierw trochę o sobie opowiedzieć -posłał mu uśmiech. Mickiewicz cały czas obserwował mimikę jego twarzy. Zaczynała go powoli denerwować ta aktorska maniera.
-Ciekaw jestem co... -przyznał ciszej. To chyba nie powinno go już obchodzić, jednak gdyby mógł, drążyłby temat dalej. Nie chciał pokazać Antoniemu, jak zależy mu na Juliuszu -przed samym Juliuszem nie chciał tego odkrywać.
-Znowu widzę panów razem... Co to za konszachty? -z tematu wybił ich Andrzej, wychodzący z zaułku korytarza. Prowadził pozostałych. Tym razem Adam naliczył ich mniej. Za Towiańskim znajdował się jedynie Słowacki i trzy inne osoby. Widocznie inni zrezygnowali, pomyślał i zapominając kompletnie o wcześniejszej złości, przeniósł wzrok na Juliusza. Stał na samym końcu, patrząc pod nogi. Nie. Patrzył na swoją rękę...
Adam zmarszczył brwi i nie odpowiadając na pytanie Towiańskiego, zaprosił go gestem, by wszedł do pokoju pierwszy. Pozostali, jak na znak, ruszyli za nim. Mickiewicz zamknął ten pseudo pochód, kładąc dłoń na ramieniu Słowackiego. Próbował nawiązać z nim kontakt wzrokowy, ale chłopak był niedostępny.
-Co się dzieje, Julek -wyszeptał nad jego uchem, by tylko blondyn był w stanie to usłyszeć. Chłopak drgnął, przeszły go dreszcze od oddechu bruneta, owiewającego jego twarz. Bez słowa odwinął biały mankiet z ręki i odwrócił dłoń w stronę Adama.
Wstrzymał powietrze.
-Chcę stąd wyjść -powiedział praktycznie niedosłyszalnie i zamilkł na resztę spotkania.
Jego dłoń przecinała pręga krwi, idąca wzdłuż linii życia po wewnętrznej stronie. Posoka zaczynała powoli zasychać, rękawy koszuli odznaczały się brunatnym kolorem, a metaliczny zapach roznosił przy ich twarzach.
Mickiewicz nie rozumiał. Naprawdę nie rozumiał i już nawet nie pragnął pojmować, co tu się wydarzyło. Szarpnął Juliusza za poły koszuli przy karku, zmuszając go do zajęcia miejsca przy jego boku. Nie miał zamiaru pozwalać mu na ponowne spoczęcie obok Odyńca. W ten sposób przynajmniej czuł, że posiada kontrolę nad czymkolwiek. Prawda była, naturalnie, zupełnie inna.
-Wybaczcie państwo, musiałem przeprowadzić krótką rozmowę z naszymi partycypantami -jego wzrok zatrzymywał się po kolei na twarzy każdego. -Przykro mi, że niektórzy nie wiedzą, bądź nie obchodzi ich, w jak ważnej sprawie działamy i jeśli jeszcze raz doświadczę takiej zniewagi swojej misji, wyciągnę z tego sroższe konsekwencje.
Juliusz pobladł. Nie ubyło mu wiele krwi, jednak na tyle dużo, by osłabł i stracił czucie w palcach. Zacisnął poranioną dłoń, nie przejmując się rwaniem i pieczeniem, jaki tym powodował. Stał bezsilny w kręgu, słuchając nagannych słów Andrzeja i choć mężczyzna nie wymienił stricte winnego, Słowacki wiedział, że kierowane są do niego.
Zaczynał się dusić -kaszlem, dymem tytoniowym i winą, spadającą na jego barki, przygniatającą płuca i żebra.
Łapał powietrze, nie mogąc nasycić się tlenem, pompowanym haustami do płuc. Zaćmiło mu się przed oczami. I ten kaszel. Przyłożył czystą dłoń do ust i zamknął oczy, w których po raz kolejny zagościły łzy. Spływały po jego bladych policzkach, wydłużając się po brodę, z której kapały na ziemię. Musiał się uspokoić. I będzie dobrze. Będzie dobrze. Będzie...
Pociągnął za rękaw Mickiewicza w ostatnim akcie świadomości. Był w szoku, w ciemności, na podłodze. Upadł. Chciał podnieść powieki, by dowiedzieć się, że już nie widzi czarnych plam, ale na marne. Coś ciągnęło go w dół -jego ciało, powieki i głos, który w jednej chwili zamarł mu w gardle.
I stracił przytomność.
CZYTASZ
Persona -Słowackiewicz
Romance„Duchowi memu dał w pysk i poszedł." XIX wiek -wiek wielkich wydarzeń, miłości i spotkań, które nigdy nie kończą się tak jak powinny... okładka autorstwa @ka_flexing >>>>
