Obecnie:
Jane nie zdążyła dokończyć, gdyż przerwał jej wchodzący do środka Jackson
- Mieliście czekać w naszym statku! - zdenerwowała się Jane.
- Jestem sam. Dlaczego nie powiedziałaś Iris, że na planetę, z której pochodzimy, potem przybyli tamci? - spytał chłopak.
Mówił o tych z planety, tych z którymi dzielili tą, na której teraz żyli, co ich przepędzili.
- Iris nie może dowiedzieć się kim na prawdę jest, ani poznać prawdy o tej planecie, jasne? - odparła Teresa.
- Wiem, przecież.
- Ta, na której teraz żyjemy, jest naszą, wspólną planetą.
Nie wiem jak ty, Jackson, ale ja zamierzam bronić naszej planety, za cenę swojego życia.
- I ja też.
***
Kiedy tylko statek wylądował, Archer nie był w stanie wyjść ze swojej kabiny. Wciąż przeżywał śmierć Iris i wszystkie stracone związku z nią możliwości.
Wciąż przypominał sobie wyzwiska wypowiedziane z ust sędziów, że był mazgajem i wszystkie inne, jeszcze gorsze.
Nie mógł wtedy powstrzymać łez, bo wiedział, że ta dziewczyna miała zginąć. Potraktował ją okropnie, a przecież jeszcze mógł powstrzymać tych ludzi przed jej zabiciem, mógł ją ocalić. Wiedział, że przyjdzie mu za to zapłacić.
W pewnej chwili, drzwi otwarły się z trzaskiem. Rozpiął pasy, wstał z fotela, obrócił w ich stronę i zobaczył dwójkę umundurowanych, mierzących w niego z karabinów mężczyzn.
Natychmiast sięgnął po teczkę, do której był schowany akt ślubu i powiedział, że przyleciał z pilną sprawą do ich władcy.
Podeszli do niego, chwycili go za ramiona i poprowadzili do wyjścia.
Nie wiedział wcześniej w jakie miejsce dokładnie przylecieli i jak się okazało był to wyłożony równo asfaltem dziedziniec. Otoczony był kamiennym, czarnym, wysokim murem. W jednym z jego ścian usytuowana była żelazna brama prowadząca do wzniesionego za nim majestatycznego, olbrzymiego zamczyska o szarych ścianach i czarnym dachu z kilkoma wysokimi, niknącymi w chmurach wieżami.
Z boku stała jego skuta w kajdany, otoczona strażnikami załoga.
Poprowadzili go do sali tronowej, budzącego grozę pomieszczenia o czarnych ścianach, oknach zasłoniętych popielatymi kurtynami, kamiennej podłodze z rozścielonym przez jej środek szkarłatnym dywanem. Po jego bokach przebiegały szerokie, wypełnione parującą, jakby ciągle podgrzewaną wodą, rowy.
Dywan ten prowadził od żelaznych wrót, do zakrywającej resztę pomieszczenia, ledwo widocznej, czarnej kurtyny, bowiem u jej podnóża znajdowały się kraty, których wylatywała gęsta para, niemal zupełnie ją zasłaniająca. Sięgała znajdującego się niezwykle wysoko sklepienia, z którego zwisały wielkie, metalowe żyrandole.
Kazali mu iść do przodu i zatrzymać się dwa kroki przed nią, tak też zrobił, a oni sami zatrzasnęli drzwi i stanęli po ich bokach. Zmierzając przez dywan, czuł się naprawdę źle, jakby otaczały go cierpienie i strach. Wydawało mu się, że wydobywały się z tych rowów, a unosząca się nad nimi para chciała go otoczyć i pochłonąć.
Uczucie to niesamowicie wzrosło, kiedy zbliżył się do kurtyny, bijąca zza niej i od zasłaniającej jej pary groza, sprawiła że zaczął się trząść z przerażenia.
Już się nie dziwił, dlaczego mężczyzna, siedzący prawdopodobnie na tronie za kurtyną, był nazywany potworem.
Para, którą się otaczał, musiała pochodzić z zaklętej przez niego wody.
Jeśli był zdolny stworzyć coś takiego, dla spotykających się z nim w tej sali ludzi, wolał nie wiedzieć, jak traktował swoich przeciwników, do jakich okrucieństw był zdolny. Bał się tego, co zrobi z nim, kiedy powie mu co stało się z jego córką.
CZYTASZ
Esencja łez
FantasyŻyjąca w częściowej izolacji Iris, usiłuje rozwikłać tajemnice własnego pochodzenia. Wszystko staje się bardziej zawikłane, kiedy na sklepowych półkach w mieście, w którym mieszka, za sprawą nieznanych sprawców pojawiają się butelki z wyglądającą zu...
