Rozdział 40

645 6 6
                                        

Wszystko składało się w jebaną całość, ale to niemożliwe. Po prostu niemożliwe. Leżałam i słuchałam z niedowierzaniem, gdy Zoe opowiedziała mi wszystko ze szczegółami. 

-Czyli to wszystko było tylko moją wyobraźnią?- zapytałam, sama siebie. 

-Bardzo mi przykro, Livia.- powiedziała Zoe.

-Wytłumacz mi jeszcze raz.- poprosiłam ze łzami w oczach.

-Byłyśmy prawie na miejscu, dosłownie pięć mil przed samym Malibu, ale postanowiłyśmy zatrzymać się na stacji, aby zatankować. Poprosiłaś mnie, abym wyszła zatankowała i zapłaciła. Wtedy ja prowadziłam, a ty prawie spałaś, więc zostawiłam cię w aucie, co było największym błędem mojego życia i okropnie cię za to przepraszam.- powiedziała, trzymając mnie za dłoń.- Myślałam, że zaciągnęłam dobrze ręczny, lecz okazało się, że nie do końca.- mówiła drżącym głosem.- Auto powoli zaczęło zjeżdżać aż wyjechało na drogę wyjezdną ze stacji, a rozpędzony kierowca wjechał w ciebie. Samochód odleciał na kilka metrów i wpadł do rowu. Sama próbowałam cię wyciągnąć, ale nie dałam rady. Przez dachowanie auto było zmiażdżone. Naprawdę cię przepraszam Olivia.- łzy polały się na jej policzki.

Moje już dawno były mokre. Dalej nie mogę w to uwierzyć. To wszystko, co się działo było po prostu wymysłem mojej wyobraźni. Nigdy nie dojechałyśmy do celu, nigdy nie poznałyśmy naszych przyjaciół, nie zaczęłyśmy pracy w firmie.... nie poznałam Rafe'a. 

*

W końcu pozwolili mi wyjść do toalety. Babcia i Zoe były ciągle przy moim boku, ale babcia musiała wrócić na chwilę do domu, aby zająć się pieskiem, którego przygarnęła i zgrają kotów, więc została tylko przyjaciółka. Pomogła mi wstać z łóżka. Trzymałam się jej ramienia i powoli wyszłyśmy z sali. Na szczęście toaleta nie była za daleko. 

Mojemu posiniaczonemu ciału chodzenie bardzo się nie spodobało i każdy krok sprawiał mi coraz więcej bólu, lecz szłam przed siebie. Kilka osób z poczekalni zwróciło na mnie uwagę. Nagle do szpitala z hukiem wleciało kilka osób. Obie popatrzyłyśmy w tamtą stronę. 

Wtedy zobaczyłam zakrwawionego JJ-a. Opierał się na John B i Pope'u. Obok nich były dziewczyny. Sarah i Kiara. Jeszcze piękniejsze niż w mojej wyobraźni. A właśnie. To ja ich nie wymyśliłam? Ci ludzie naprawdę istnieją?! 

Od razu zajął się nimi lekarz. Przebiegli obok nas, a ja odwróciłam się za nimi.

-Sarah...- wyszeptałam, a dziewczyna, jakby mnie usłyszała i popatrzyła na mnie.

Przełknęłam głośno ślinę i szłam dalej. To niemożliwe. Nigdy ich na oczy nie widziałam, a mój mózg nie mógł wymyślić ich sobie tak perfekcyjnie. 

Powoli doszłyśmy do drzwi, lecz łazienka była zajęta. Westchnęłam głośno. Nagle drzwi od męskiej łazienki się otworzyły. Zoe lekko się usunęła z drogi, a mnie wtedy zatkało. Moje serce zaczęło mocniej bić, a oczy się rozszerzyły. 

Dokładnie taki sam. Włosy lekko zaczesane na bok, bez uśmiechu, jasne, lecz zimne, tęczówki skanowały wszystko wokół. Ubrany w czarne spodenki i czarną polówkę. Gdy usadził wzrok na mnie, zmarszczył lekko brwi. Już wydawało mi się, że mnie pamięta, lecz jedynie przeleciał mnie lodowatym wzrokiem, a mnie przeszedł jakby znajomy dreszcz.  Wyminął nas, a jego zapach dostał się do mojego nosa. Wszystko wydawało się tak realne. On jest realny, ale wydarzenia z nim związane już nie. 

-Rafe.- powiedziałam nagle. 

Blondyn zerknął na mnie przez ramie ze zmarszczonymi brwiami i powagą na twarzy. Zatrzymał się na chwilę. Zza rogu wyszła jego mama. Tak samo piękna. Zawołała go do siebie, a po chwili z sali wyszła Wheezie ze złamaną ręką w gipsie. 

Moje policzki zalały łzy. Tak bardzo chciałam się do niego przytulić. Chciałam, żeby mocno mnie objął i powiedział, że to wszystko jednak była prawda. Chciałam pogadać z jego mamą o głupotach i pośmiać się z Wheezie. 

Kobieta zwróciła na mnie uwagę. Stała niedaleko. 

-To ta dziewczyna z wypadku?- zapytała Wheezie, a jej mama od razu ją uciszyła. 

Wszyscy popatrzyli na mnie. Rafe obleciał mnie wzrokiem. Kobieta powoli podchodziła do mnie, a ja czułam, jakbym miała znów zemdleć.  Chciałam ją przytulić i się wypłakać. Spojrzała na mnie ze współczuciem.

-Wszyscy słyszeliśmy co się stało.- powiedziała dźwięcznym głosem.- Kuruj się, Olivio.- uśmiechnęła się, lekko.

To było kojące. Jeszcze gdybym mogła porozmawiać z jej synem, lecz nie było mi to dane. Przecież nigdy się nie spotkaliśmy, nie rozmawialiśmy, nigdy nie widział mojej twarzy, nigdy go nie zmieniłam. Dalej był tym zimnym, bezuczuciowym, zadufanym w sobie i oschłym  Rafe'm Cameron'em z lodowatym spojrzeniem i obojętnością w oczach.

Hejka Kochani. To już koniec mojej pierwszej opowieści. Mam nadzieję, że się spodobała. Za niedługo pewnie znów zacznę pisać, więc możecie wyczekiwać na kolejne opowiadania czy fanfiki. Kocham <3 

VACATION IN MALIBUOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz