27.

31 1 2
                                        

Przygotowania do pikniku dla podopiecznych domu opieki szły pełną parą. Oczywiście piknik piknikiem był tylko z nazwy, ponieważ mieliśmy marzec i mieszkaliśmy w McVilline, a nie w Miami, co oznaczało niską temperaturę i deszcz, dlatego wszystko odbywało się w środku, nie na zewnątrz.

Recepcjonistka, czyli pani Relish – jak się zdążyłam zorientować - przydzieliła nam jakieś mało angażujące zadania, jak powieszenie lampek i rozstawienie krzeseł. Zupełnie jakby bała się powierzyć nam coś bardziej odpowiedzialnego. Może i słusznie, ponieważ ani ja, ani moje przyjaciółki nie wyglądałyśmy na skupione na swoich obowiązkach. Wręcz przeciwnie, rozglądałyśmy się wokół i zaczepiałyśmy kogo się dało w poszukiwaniu informacji na temat Pani Donson i jej opiekunów.

- Ah, szukasz Sebastiana – powiedział chłopak na drabinie, który właśnie zawieszał lampki pod sufitem. Ja musiałam tylko stać, trzymać je i pilnować, aby się nie poplątały. – Sebastiana lub... czekaj, jak jej tam. A, no tak. Marvie. – Skrzywił się. – Dziwne imię.

- Znasz ich? – ożywiłam się.

Chłopak wzruszył ramionami, po czym zszedł z drabiny, aby przenieść ją w inne miejsce i znów wspiąć się pod sufit. Dopiero wtedy kontynuował.

- Niespecjalnie – przyznał. – Ogólnie nie ma nas zbyt wielu, mam na myśli wolontariuszy, ale czasem organizujemy sobie wspólne wypady. Marvie rzadko bierze w nich udział, Sebastian częściej.

- Są tu dziś? – dociekałam.

- Nie wiem, nie widziałem ich – przyznał chłopak, po czym spojrzał wymownie na lampki, które trzymałam w dłoniach. Najwyraźniej zapomniałam o tym, że powinnam je rozwijać.

- Wybacz – potrząsnęłam głową i wykonałam swoje niezwykle wymagające zadanie. – Więc nie powiesz mi za dużo na ich temat?

- Czemu w ogóle cię to interesuje?

- Nieistotne - westchnęłam, a później sprzedałam chłopakowi tę samą bajkę o przyjaciółce babci, którą kilka dni wcześniej zaserwowałam recepcjonistce.

Na tym nasza rozmowa się urwała. Chłopak od lampek – tak go nazwałam, bo nie miałam czasu zapytać o jego imię - skończył mocować światełka, a ja dostałam od Relish kolejną misję – wyprasowanie obrusów. Poszłam więc do wskazanej przez recepcjonistkę sali i zajęłam się swoim zadaniem.

Przed rozpoczęciem pracy rozejrzałam się wokół, ale w zasięgu mojego wzroku nie było żadnej potencjalnej ofiary, którą mogłabym zadręczać pytaniem o Sebastiana i Marvie. Miałam nadzieję, że Juliet i Aitanie poszło lepiej.

- Ponoć mnie szukasz? - usłyszałam za sobą męski głos i odwróciłam się gwałtownie, odruchowo przytrzymując przed sobą rozgrzane żelazko.

- Wo... - stojący przede mną mężczyzna podniósł ręce i cofnął się o krok. - Czym sobie zasłużyłem?

- Wybacz - odetchnęłam głęboko i odłożyłam urządzenie, pilnując, aby nie położyć go gorącą częścią na deskę. Już mi się to kiedyś zdarzyło. - Wystraszyłeś mnie – przyznałam i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, co mężczyzna powiedział, gdy zaszedł mnie od tyłu. - Sebastian?

- We własnej osobie - odparł, wyszczerzając się w szerokim uśmiechu.

Mimowolnie zmrużyłam oczy, przez co zapewne zdradziłam rozmówcy swoją nieufność, i przyjrzałam się mu uważnie.

Był starszy ode mnie, może o pięć, sześć lat. Nie za wysoki, ale też nie niski - przewyższał mnie o głowę, czyli był mniej więcej wzrostu połowy męskiej populacji. To nie ułatwiało mi sprawy. W dodatku miał dość krótko przystrzyżone blond włosy. Cholernie proste włosy, swoją drogą, które nijak nie pasowały do „chyba lekko kręconych" włosów klauna. A może Cyrusowi się przewidziało?

OskarżoneOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz