Przygotowania do pikniku dla podopiecznych domu opieki szły pełną parą. Oczywiście piknik piknikiem był tylko z nazwy, ponieważ mieliśmy marzec i mieszkaliśmy w McVilline, a nie w Miami, co oznaczało niską temperaturę i deszcz, dlatego wszystko odbywało się w środku, nie na zewnątrz.
Recepcjonistka, czyli pani Relish – jak się zdążyłam zorientować - przydzieliła nam jakieś mało angażujące zadania, jak powieszenie lampek i rozstawienie krzeseł. Zupełnie jakby bała się powierzyć nam coś bardziej odpowiedzialnego. Może i słusznie, ponieważ ani ja, ani moje przyjaciółki nie wyglądałyśmy na skupione na swoich obowiązkach. Wręcz przeciwnie, rozglądałyśmy się wokół i zaczepiałyśmy kogo się dało w poszukiwaniu informacji na temat Pani Donson i jej opiekunów.
- Ah, szukasz Sebastiana – powiedział chłopak na drabinie, który właśnie zawieszał lampki pod sufitem. Ja musiałam tylko stać, trzymać je i pilnować, aby się nie poplątały. – Sebastiana lub... czekaj, jak jej tam. A, no tak. Marvie. – Skrzywił się. – Dziwne imię.
- Znasz ich? – ożywiłam się.
Chłopak wzruszył ramionami, po czym zszedł z drabiny, aby przenieść ją w inne miejsce i znów wspiąć się pod sufit. Dopiero wtedy kontynuował.
- Niespecjalnie – przyznał. – Ogólnie nie ma nas zbyt wielu, mam na myśli wolontariuszy, ale czasem organizujemy sobie wspólne wypady. Marvie rzadko bierze w nich udział, Sebastian częściej.
- Są tu dziś? – dociekałam.
- Nie wiem, nie widziałem ich – przyznał chłopak, po czym spojrzał wymownie na lampki, które trzymałam w dłoniach. Najwyraźniej zapomniałam o tym, że powinnam je rozwijać.
- Wybacz – potrząsnęłam głową i wykonałam swoje niezwykle wymagające zadanie. – Więc nie powiesz mi za dużo na ich temat?
- Czemu w ogóle cię to interesuje?
- Nieistotne - westchnęłam, a później sprzedałam chłopakowi tę samą bajkę o przyjaciółce babci, którą kilka dni wcześniej zaserwowałam recepcjonistce.
Na tym nasza rozmowa się urwała. Chłopak od lampek – tak go nazwałam, bo nie miałam czasu zapytać o jego imię - skończył mocować światełka, a ja dostałam od Relish kolejną misję – wyprasowanie obrusów. Poszłam więc do wskazanej przez recepcjonistkę sali i zajęłam się swoim zadaniem.
Przed rozpoczęciem pracy rozejrzałam się wokół, ale w zasięgu mojego wzroku nie było żadnej potencjalnej ofiary, którą mogłabym zadręczać pytaniem o Sebastiana i Marvie. Miałam nadzieję, że Juliet i Aitanie poszło lepiej.
- Ponoć mnie szukasz? - usłyszałam za sobą męski głos i odwróciłam się gwałtownie, odruchowo przytrzymując przed sobą rozgrzane żelazko.
- Wo... - stojący przede mną mężczyzna podniósł ręce i cofnął się o krok. - Czym sobie zasłużyłem?
- Wybacz - odetchnęłam głęboko i odłożyłam urządzenie, pilnując, aby nie położyć go gorącą częścią na deskę. Już mi się to kiedyś zdarzyło. - Wystraszyłeś mnie – przyznałam i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, co mężczyzna powiedział, gdy zaszedł mnie od tyłu. - Sebastian?
- We własnej osobie - odparł, wyszczerzając się w szerokim uśmiechu.
Mimowolnie zmrużyłam oczy, przez co zapewne zdradziłam rozmówcy swoją nieufność, i przyjrzałam się mu uważnie.
Był starszy ode mnie, może o pięć, sześć lat. Nie za wysoki, ale też nie niski - przewyższał mnie o głowę, czyli był mniej więcej wzrostu połowy męskiej populacji. To nie ułatwiało mi sprawy. W dodatku miał dość krótko przystrzyżone blond włosy. Cholernie proste włosy, swoją drogą, które nijak nie pasowały do „chyba lekko kręconych" włosów klauna. A może Cyrusowi się przewidziało?
CZYTASZ
Oskarżone
Teen FictionDo niedawna monotonność każdego mojego dnia zdawała się być uciążliwa, dlatego pragnęłam choć małej zmiany, lekkiego dreszczyku emocji. Jak to mówią, uważaj, czego sobie życzysz. Nagle moje aż nadto normalne życie zmieniło się w rozpędzony roller co...
