Saverio
Z ogromnym rozbawieniem przyglądałem się szatynce, która biegała po swojej sypialni próbując wybrać strój na dzisiejszy wieczór. Do jednego z moich klubów miałem zabrać ją kilka dni później, ale mój przyjaciel stwierdził, że musimy spotkać się dzisiaj.
— Myślisz, że to będzie dobre? — Pokazała mi czarną, obcisłą sukienkę, która sięgała do połowy uda.
— Jesteś ode mnie młodsza i nie wiesz, co założyć do klubu?
Przewróciła jedynie oczami, po chwili znikając za drzwiami łazienki. Szczerze mówiąc zacząłem zauważać, że przy niej się zmieniłem. Nie poświęcałem tyle na pracę i choć wszystko nadal szło dobrze, to musiałem zacząć się pilnować. Nawet moi bracia to zauważyli i byli z tego powodu szczęśliwi, ale tu nie chodziło o szczęście.
Nie mogłem pozwolić sobie na pominięcie żadnego faktu, a doszła już do mnie informacja, że brat Orsona dowiedział się o jego planie. Najgorsze było jednak to, że nie zamierzał słuchać wyjaśnień i za wszelką cenę chciał dopuścić do małżeństwa z Kanem. Nie powiedziałem tego dziewczynie z jednego, prostego względu. Nie chciałem, żeby przejmowała się jeszcze bardziej. Musiałem poradzić sobie sam, aby przypadkiem nie wyszło to na jaw, bo mogłaby przestać mi ufać. A ewidentnie ufała, biorąc pod uwagę to, że po obudzeniu się rano w jej mieszkaniu była przyklejona do mnie niczym rzep.
Tak cholernie musiałem się wczoraj powstrzymywać, żeby nie naruszyć żadnej jej granicy. Obiecałem sobie, że nic do niej nie poczuję, a wczoraj pod wpływem prawie ją pocałowałem. To nie mogło się powtórzyć, ale widząc ją w tej obcisłej sukience, gdy wyszła z łazienki, wiedziałem już, że będzie to kurewsko ciężkie.
— Możemy jechać. Powiesz mi, z kim się spotykamy? — Zgarnęła kopertówkę z łóżka, wypinając się w moim kierunku.
Przymknąłem oczy, odwracając głowę w stronę okien.
— Z Silą. To mój dobry przyjaciel, wie jaka jest sytuacja.
Podeszła do mnie powoli, stając w bardzo bliskiej odległości. Spojrzała z dołu w moje oczy, uśmiechając się kokieteryjnie i przesunęła palcem po moich ustach.
— Ślina ci pociekła.
***
W prywatnej loży zazwyczaj było spokojnie. Zazwyczaj, bo w tym przypadku moja narzeczona zrobiła niemałą furorę. Moi wspólnicy byli pełni podziwu i nawet teraz, gdy Haiden szalała na parkiecie, przyglądali jej się w skupieniu. Jednak umówiliśmy się tutaj po coś innego i musiałem tego dopilnować.
— Nie wiem, czy masz szczęście czy pecha — stwierdził Rayan, upijając trochę alkoholu. — Wiemy jaki jest plan Orsona, ale nie wiem czy jest wystarczający.
— Fane ma rację. Sav my zawsze staniemy po twojej stronie w trakcie wojny, bo wszyscy dobrze wiemy, jakim Kane jest skurwysynem. Ale czy to na pewno się opłaca? — odparł Sila, utrzymując ze mną kontakt wzrokowy.
— Igorze, a ty co o tym myślisz? — spojrzałem na szatyna, który odetchnął głęboko.
— Jeśli Prosper dowie się o całości planu, to nie macie na co czekać. Musielibyście wziąć ślub tak szybko, jak to możliwe i jeśli wtedy on położy swoje łapy na Haiden, to masz stu procentową powinność odciąć mu fiuta i włożyć do gardła — wziął łyk alkoholu. — Wszyscy wiecie jak to działa. Ja będę zawsze po twojej stronie Farnese, bo Kane nie tylko Orsonowi zalazł za skórę.
Miał rację. Miał, cholerną rację.
— W razie czego, mogę na was liczyć? — zapytałem, choć odpowiedź była jasna.
CZYTASZ
Guns&Kisses
RandomDecyzje podjęte bez naszej wiedzy są w porządku, ale tylko wtedy, gdy nie dotyczą one naszego życia. Pośrednio lub bezpośrednio. Ale decyzje podjęte za nas, dotyczące naszych wyborów sieją spustoszenie. Zmuszeni jesteśmy zakończyć relację, nie potra...
