– CO TY KURWA ZROBIŁEŚ, PEDRO?! JESTEŚ IDIOTĄ!
– Co...? – Wszystko było zamazane. Czuł, że podłoga porusza się z każdym małym krokiem, który próbował zrobić. Nie mógł dostrzec niczego ani nikogo – światła oślepiały go całkowicie. Głowa zaczynała go boleć, a serce waliło mu w piersi tak szybko, że miał wrażenie, iż zaraz wybuchnie.
– Co ty zrobiłeś? – wtrącił się inny, przerażony głos.
– Nie rozumiem... – Jego oczy opadły na dłonie, z których wyślizgiwała się czerwona, lepka ciecz. – Co się, kurwa, stało? Co...? – Nie mógł powiedzieć nic więcej. Nie rozumiał, co się dzieje.
– Musimy iść – ręka chwyciła go za ramię, prowadząc do czegoś, co wydawało się być wyjściem z tego miejsca pełnego migających kolorowych świateł, wody na podłodze i śmieci, przez które niemal się poślizgnął.
– Co my teraz zrobimy? – znów odezwał się ten przerażony głos.
Przez okno samochodu widziałem, jak ze sobą rozmawiają, ale czegoś nie rozumiałem.
– Proszę, Gavi... – błagał Fer, który również wyglądał na przestraszonego, choć starał się to ukryć, ponieważ był najstarszy z całej trójki.
Fernando miał rację. Jeśli zostawili tam samochód Pedriego, nie wiedzieli, co mogą mu zrobić, zwłaszcza w takiej sytuacji.
– Nie martw się, poradzisz sobie.
Czuł się dziwnie, nieswojo na miejscu kierowcy, jakby nie powinien tam być. Ten fotel należał do Pedriego. Nie potrafił wyobrazić sobie siebie ani nikogo innego na tym miejscu. Poza tym dziwnie było prowadzić jego samochód bez niego obok – bez jego gadania jak papuga albo droczenia się podczas jazdy.
Teraz przyszła jego kolej na samodzielną jazdę i zastosowanie w praktyce wszystkiego, czego nauczył go Pedri. Wziął kluczyk i spróbował uruchomić samochód. Nic. Znowu nic. Co, do cholery, się działo?
– Musisz wcisnąć sprzęgło, żeby odpalić – powiedział kanarek z siedzenia pasażera.
– Nadepnę na nie! – Musiał znaleźć innego nauczyciela, bo ten głupek Pedro nic o tym nie wiedział.
– To jest hamulec – starał się nie wybuchnąć śmiechem, żeby nie rozzłościć Gaviego.
– SKĄD MAM WIEDZIEĆ, KTÓRY JEST KTÓRY?! WSZYSTKIE SĄ TAKIE SAME!
– Dobra, uspokój się. Zostawmy to na inny dzień...
Teraz żałował, że to odłożyli. Nie miał pieprzonego pojęcia, jak prowadzić samochód ze standardową skrzynią biegów. Tonął w przekleństwach na Pedra – tyle pieniędzy, a kupił pieprzony manual.
Po kilku gwałtownych hamowaniach, kilku wybojach i może jednym lub dwóch czerwonych światłach dotarł w końcu do domu Pedriego.
– Jezu Chryste, myślałem, że nie dojedziesz – Fer uściskał go, gdy tylko dotarli na miejsce.
– Gdzie on jest? – rozejrzał się po domu, ale nie było po nim śladu.
– Na górze. – Zanim zdążył zrobić krok, Fer go zatrzymał. – On nic nie pamięta... Lepiej, żebyś nic nie mówił.
Mógł tylko skinąć głową, zanim udał się do pokoju kanarka.
Spał, przytulony do krawędzi łóżka, jakby było mu zimno. Jego włosy były rozczochrane, a ubranie, które miał na sobie, wciąż nosiło czerwone plamy. Leżał na łóżku, zostawiając miejsce, jakby czekał, aż Pablo położy się obok niego.
CZYTASZ
Hungry for Life
FanfictionGłodny życia. Pomimo posiadania wszystkiego, Pedri czuł, że czegoś mu brakuje, czuł ogromną pustkę i nigdy nie przypuszczał, że znajdzie ją w swoim rywalu, Gavim, który nigdy nie przypuszczałby, że kanarek go pokocha. Książka jest własnością @realsk...
