27.

116 5 0
                                        

– Co ty we mnie widzisz? – zapytał Pedri z lekkim uśmiechem. – Przecież przystojny się mnie nie trzyma.
Zafascynowany patrzył, jak młodszy chłopak pakuje swoje rzeczy.
– Przepraszam... Będę za tobą tęsknił – dodał cicho.

– Nie będzie mnie tylko jeden dzień – odparł Gavi. Mecz z Sevillą nie odbywał się u siebie, więc musieli wyjechać dzień wcześniej.

– I co z tego? – Pedri próbował zapiąć swoją małą walizkę, by jak najszybciej wrócić do łóżka. – Jeśli nie pojedziesz, to tylko dlatego, że jesteś idiotą.

– Mówiłem ci, że jest mi go żal! – Gavi mówił o swoim pomyśle, by zapytać Xaviego, czy Pedri mógłby z nimi podróżować, ale kanarek nawet nie spróbował.

– Zejdź mi z drogi – mruknął Gavi, odpychając go lekko i wsuwając się pod kołdrę.

– Ciii, zamknij się – powiedział, przykładając palec do ust.

Zanim Pedri zdążył coś odpowiedzieć, Pablo objął jego twarz obiema dłońmi i pocałował go w usta.

– Ups... jeśli tak chcesz mnie uciszyć, to ja zagram blagiera – uśmiechnął się Pedri.

Brakowało mu go już teraz, jeszcze zanim zdążył wyjechać. Tak bardzo chciałby, żeby pojechał z nimi. Ale rozumiał. I sam też był zbyt zawstydzony, by poprosić Xaviego o coś takiego.

Teraz, gdy istniało między nimi coś więcej, jeszcze trudniej było się rozdzielić. Po długiej nieobecności musieli wykorzystać każdą wspólną sekundę.

– Nie chcę, żebyś opuścił następny mecz przez te żółte kartki.

– Prowokują mnie – przewrócił oczami Gavi. Miał wrażenie, że sędziowie go nienawidzą. Zawsze, gdy mieli okazję, dawali mu żółtą kartkę. No dobra, czasem się należała, ale bez przesady.

– Dbaj o siebie, dobrze?

– Aha... do zobaczenia – odchodził powoli w kierunku samolotu, unosząc kciuk w górę.

– Hej! Pożegnaj się jak należy! – Pedri pociągnął go za ramię i przyciągnął do siebie.

– Nie tutaj – szepnął Gavi, rozglądając się. Nikt nie wiedział o ich relacji. Tylko Fer, Isobel i Aurora. I to nie dlatego, że im powiedzieli. Sami się domyślili.

Poza tym... ich związek był dziwny. Przesadnie czuły, bez nazwy.

– No chociaż przytulenie – Pedri rozłożył ramiona.

To było ciepłe, mocne objęcie. Po chwili z trudem się od niego oderwał i ruszył dalej.

– Nie pozwól im za dużo na siebie patrzeć, eh! – zawołał za nim. To miało być ostrzeżenie... dla Gaviego? A może dla samego Pedriego.

Bo kto, do cholery, miałby obserwować Pablo Gaviego? Przecież był platoniczną miłością połowy Hiszpanii.

Boże, miał konkurencję.

Był idiotą, że dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo pociąga go Gavi – nie tylko emocjonalnie, ale i fizycznie.

Może wcześniej nie chciał się do tego przyznać. Może dopiero teraz, kiedy Pablo dał mu zielone światło.

Nie, był głupi. Totalny imbecyl.

Jak można nie zauważyć Gaviego? Jego sylwetka, te obcisłe koszulki, mięśnie widoczne pod materiałem... I jego piwne oczy. Uśmiech.

Dość! Jeśli zacznie o nim myśleć, zatęskni jeszcze bardziej. A dopiero co się rozstali. Musiał wytrzymać. Przynajmniej pół dnia. Nie mógł być jak mały chłopiec, który płacze, gdy mama odwozi go do szkoły.

Hungry for LifeOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz