– Kurwa mać...
Pierwsza połowa drugiego etapu Copa del Rey przeciwko Realowi Madryt już się skończyła, a oni nie prowadzili nawet jedną bramką. Merengues byli o gola do przodu i mieli już dwie żółte kartki. Oczywiście, jedna z nich należała do Gaviego.
Obserwując wszystko z trybun, nie mogąc nic zrobić, czuł się bezradny – i był pewien, że nie był w tym sam. Obok niego siedzieli De Jong, Dembélé i Christensen. Nawet ci na ławce mogli czuć to samo – nerwy na krawędzi, napięcie w powietrzu, które można było kroić nożem. Okropne.
A jakby tego było mało, musiał walczyć z ogromną chęcią wbiegnięcia na boisko i postawienia Viniciusa Jr. na jego miejscu. Nie mógł znieść widoku, jak ten kładł ręce na ciele Gaviego – i nie chodziło o zazdrość z powodu dotyku. Wiedział po prostu, że nie robił tego z dobrymi intencjami.
Gdyby tylko mógł tam być i wyciągnąć go z kłopotów, jak zawsze to robił w każdym meczu.
– Jesteś do dupy! Hej! Słyszysz mnie?! MA-LI-SI-MO! – krzyknął Pablo.
– Uspokój się, proszę – Pedri złapał go od tyłu i zaprowadził do szatni.
– Sukinsyn, to on zaczął! – Gavi szedł szybkim krokiem, kipiąc ze złości.
– Dobra, ale ciii... nadal możesz dostać czerwoną kartkę.
– On ma mój tyłek! Nikt nie postawi go na jego pieprzonym miejscu! – Odwrócił się do niego, zaciskając pięści, niemal gotów podejść do Viniciusa i wymierzyć mu potężny cios.
– Xavi! – Głos trenera przywrócił go do rzeczywistości.
Cokolwiek Xavi powiedział w szatni, nie zmieniło kierunku, w jakim zmierzał mecz. Stracili kolejne dwa gole niemal natychmiast po rozpoczęciu drugiej połowy.
Gavi nie mógł już tego znieść. Był taki zły, taki niespokojny. Nienawidził porażek – jak wszyscy – ale czuli się jeszcze gorzej, gdy byli o krok od osiągnięcia szczytu tylko po to, by nagle spaść za jednym zamachem. Zostało jeszcze trochę czasu, ale nie był pewien, czy wystarczy go na strzelenie czterech bramek i powstrzymanie ich przed zdobyciem kolejnych.
minuta. Kolejny gol Benzemy.
Jakby trzy poprzednie nie były wystarczającym upokorzeniem...
Chciał wydostać się stamtąd tak szybko, jak tylko się dało, i biec, aż będzie zmęczony, aż zabraknie mu tchu. Chciał być tam, gdzie nie będzie tysięcy oczu wlepionych w niego, błagających, by coś zrobił. Chciał po prostu zniknąć.
Szukał jej oczu wśród tłumu. Nie było trudno je znaleźć – one też go szukały.
Smutne, pełne rozpaczy.
Teraz w jego głowie toczyła się walka: nie wiedział, czy powinien iść do domu Pedriego, czy do siebie. Nie był pewien, czy chce być z nim po tej upokarzającej porażce – nawet jeśli najbardziej pragnął zwinąć się w swoim wygodnym łóżku i wdychać zapach kanarka.
Czuł się odpowiedzialny za to, co się stało. Winny.
– Wiem, że są fajne, ale te, które ci dałem, są lepsze.
– Co? – przerwał im głos, który wyrwał ich z myśli.
– Buty Frenkiego – wskazał na nie. – Mają sznurówki. Nie pasują ci? Gavi?
– Ghavi...? – Wciąż nieobecny, nadal rozważał, czy powinien posłuchać chęci przespania się z Pedrim czy tego dziwnego pragnienia, by zamknąć się w domu i wypłakać do snu.
CZYTASZ
Hungry for Life
FanfictieGłodny życia. Pomimo posiadania wszystkiego, Pedri czuł, że czegoś mu brakuje, czuł ogromną pustkę i nigdy nie przypuszczał, że znajdzie ją w swoim rywalu, Gavim, który nigdy nie przypuszczałby, że kanarek go pokocha. Książka jest własnością @realsk...
