15. Blackout

1K 95 2
                                        

Dean powoli na przemian otwierał i zamykał zaspane oczy, próbując przyzwyczaić wzrok do rozlewającego się po całym pokoju przeraźliwie jasnego, słonecznego światła. Łowca nie pamiętał, kiedy ostatnio tak przegiął z alkoholem, jeśli miał być szczery, nie sądził że jest jeszcze w stanie się upić bez opróżnienia kilku butelek wódki w samotności.

Jak się jednak okazało, człowiek człowiekiem pozostaje i nawet ktoś tak zaprawiony w procentowych bojach jak on, mógł przesadzić.

Nie żeby jakoś specjalnie go to zasmucało, w końcu, czasami każdy chce się na chwilę odciąć i zapomnieć.

Kiedy tylko Winchesterowi udało się wygrać z wszechobecnym światłem i doczekać momentu, w którym oczy przestaną odmawiać mu posłuszeństwa, dotarło do niego, że nie znajduje się na fotelu, a zaraz pod nim, z dziwnym wyrazem twarzy siedzi Cas. Chwilę trwało zanim informacje o położeniu dotarły do jego, nadal zamroczonego, mózgu. Dean, uświadamiając sobie, że to chyba trochę niestosowne i zawstydzające dla otoczenia już chciał wstać, kiedy dotarł do niego głos Balthazara.

- Nie przejmuj się Winchester, wszyscy i tak już się napatrzyli. - Deana zdziwił przyjazny głos Anioła, szczególnie, że tamten zazwyczaj zwracał się do niego z wielką kpiną, a szacunek dla otoczenia był u niego na poziomie zerowym.

Być może, nastawienie Skrzydlatego brało się stąd, że wyglądał jak ostatnie nieszczęście. Pomimo, że wszystkie rany, które zadały mu demony zdążyły się zabliźnić, w wielu miejscach nadal było widać po nich ślady, a krew zostawiła swoje piętno na większej części ubrania Balthazara. Dodatkowy efekt ogólnego zmaltretowania pogłębiały jeszcze włosy zwrócone w każdym możliwym kierunku i wielkie sińce pod oczami, przywodzące na myśl pandę.

Pomimo uwagi Skrzydlatego, Dean doszedł do niespodziewanego wniosku, że to dobry moment na kawę i jednak zwlókł się z kolan Castiela, który od razu podążył za nim wzrokiem. Uwadze starszego z Winchesterów nie uszedł fakt, że jego młodszy brat był bardzo skupiony nad tym, co aktualnie czytał, a oczy systematycznie zaczynały świecić mu tak, jak zawsze wtedy, kiedy znalazł coś ważnego, pożytecznego, albo był pewien swojego własnego geniuszu. Fakt faktem, Samantha nigdy nie przyznał się do ostatniego podpunktu, Dean jednak, jako #StarszyBrat wiedział swoje.
Pomimo całej swojej pewności, Wiewiór postanowił nie zapeszać i poczekać, aż Sammy sam zdradzi się ze swoim wielkim odkryciem, które faktycznie mogło uratować im wszystkim dupy.
Nie minęła dłuższa chwila, a starszy z Winchesterów, który akurat brał pierwszego łyka życiodajnego napoju bogów, alias kawy, usłyszał podekscytowany głos brata.

- Dean, chyba już wiem jak dostaniemy się do Piekła. - #StarszyBrat przybił sobie mentalną piątkę i przy okazji pogratulował sam sobie znajomości zmian w aparycji brata. - Żniwiarze, oni są kluczem. - Tutaj Wiewiór podniósł do góry lewą brew, nie do końca rozumiejąc intencję Sama, a przy okazji dając mu do zrozumienia, że ma kontynuować. - To przecież oni odprowadzają duszę do Piekła, więc muszą wiedzieć jak się tam dostać, prawda? Raczej nie stają po którejś ze stron, bo i po co im to, skoro ich jedynym zwierzchnikiem jest Śmierć. Sądzę, że mogą nam pomóc, szczególnie, że chyba znalazłem odpowiednie zaklęcie, które jest w stanie przyzwać któregoś z nich. Castiel, co o tym myślisz?

- Sądzę, że twój pomysł ma całkiem sporą szansę powodzenia, szczególnie, jeśli zważyć na to, że z tego co pamiętam, jeden z nich miał kiedyś całkiem spory, niespłacony dług u Balthazara. Prawda, bracie? - Cas wbił w jasnowłosego wyczekujące spojrzenie, z gatunku tych, które przewiercają ci się przez czaszkę, a potem wchodzą do mózgu, przypierając do mentalnej ściany i nie pozostawiając możliwości jakiegokolwiek odwrotu. Dean czasami zastanawiał się, czy Anioł robi to celowo, czy taki już jego urok i cecha systemu.

- Tak, tak, pamiętam, dajcie mi jeszcze tylko chwilę na dojście do siebie i się tym zajmiemy. - Starszy z Winchesterów nadal nie mógł wyjść z podziwu nad tym, jak bardzo dobrze zaczął się ten dzień.

***

Kilka godzin później, jedną długą inkantację, rozmowę ze Żniwiarzem i zabicie kilkunastu demonów stróżujących, Winchesterowie i ich Skrzydlata kompania przemierzali Ósmy Piekielny Krąg w poszukiwaniu Gabriela. Ich oczom systematycznie ukazywały się kolejne cele, a w żadnej z nich jak do tej pory nie znaleźli Archanioła.

Dean z każdym kolejnym metrem stawał się coraz bardziej nerwowy i za każdym zakrętem jawił mu się Crowley czekający tylko, żeby ich też złapać i zamknąć.

Król Piekła jednak nie pokazał im się od kiedy tylko przekroczyli granicę Otchłani, a fakt ten, mimo wszystko, napawał całą delegację ratunkową irracjonalnym strachem, powoli paraliżującym zdrowy rozsądek i siejącym zwątpienie w słuszność misji.

Kiedy do braci Winchester dotarło, że to co się z nimi dzieje, nie jest normalnym objawem, nawet przedłużającej się wizyty w Piekle, na reakcję było już za późno.

Zarówno oni, jak i Skrzydlaci zdali sobie sprawę z powagi sytuacji, kiedy cała trójka, jeden po drugim, straciła przytomność.

***

Crowley był z siebie zadowolony chyba najbardziej od przeszło stu lat, a pomimo, że aktualnie wykonywany plan został sklecony na szybko i bez przemyślenia, jak do tej pory, działał doskonale.

Kiedy tylko informator wpadł do jego Sali Tronowej spazmatycznie wyrzucając z siebie wiadomości o zbliżających się Winchesterach, Król Piekieł już wiedział, że to okazja, której nie może przegapić.

Od razu zlecił przeniesienie więzionego Archanioła do Głównej Sali, bo jak przewidywał, bracia swoje poszukiwania mieli w planach rozpocząć w Ósmym Kręgu, a potem dyskretnie się ulotnić.

Potem, wezwał do siebie Rowenę, jasno dając jej do zrozumienia, że ma trochę pobawić się umysłami tej żałosnej gromadki, która chciała okraść Króla Piekła z jego własnego, prawie samodzielnie schwytanego zakładnika i świadka, mając nadzieję, że nie wynikną z tego żadne konsekwencje.

O nie. Tak dobrze to nie ma, a już na pewno nie w Piekle.

Król z dumą spojrzał na swoje dzieło.

Przed oczami miał Archanioła, bezbronnego jak dziecko i słabego prawie na równi z ludźmi.

Zaraz obok złamanego Dżibrila, na czterech identycznych krzesłach, ścisło związani i nadal nieprzytomni, jawili mu się Winchesterowie i ich Kompania Skrzydlatych Braci.

Crowley doszedł do wniosku, że posiadanie czarownicy na podorędziu wcale nie było tak bezcelowe jak mogło mu się na początku zdawać. Jak się okazywało, znienawidzona przez niego magia bywała bardzo przydatna i pomagała w osiąganiu wielkości, dając radę nawet z kimś pokroju niezwykłego i potężnego Archanioła Gabriela, wysławionego Bożego Rycerza i patrona śmierci, między innymi.

Król Otchłani po krótkim namyśle uznał, że to jego szczęśliwy dzień, a potem zasiadł na swoim czarnym tronie i czekał, aż jego goście honorowi kolejno zaczną z powrotem kontaktować.

_____
Chciałabym tylko powiedzieć, że jeszcze raz dodałam 5 rozdział, który nie wiem czemu i jak zamienił mi się na opowieść prywatną i chyba nie było go widać.
Także ten, jeśli ktoś jeszcze nie czytał to zapraszam.

bloodflood || spnOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz