28. The Bitter End

732 79 3
                                        

Synowie Nieba byli przygotowani na to, co musiało nadejść. Czysto teoretycznie.

W praktyce, kiedy granice światów w końcu zaczęły się walić, wszyscy po kolei wpadali w panikę i tylko żelazna ręka Michaela trzymała zastępy w kupie. Archanioł dyrygował wszystkimi z wprawą, której nikt nie mógł mu odmówić i która najwidoczniej nie opuściła go przez lata stagnacji i spokoju. Fakt, Michał ciągle miał gdzieś z tyłu głowy myśl, że jednak byłoby miło gdyby Ojciec postanowił łaskawie pomóc przy ratowaniu jego własnego stworzenia i kreacji, jednak nie powiedział tego głośno, nie chcąc przypadkiem wpływać negatywnie na już i tak dość kruche morale swojego wojska.


Kiedy ostatnie rozkazy poszły w obieg, Skrzydlaci zajęli swoje pozycje, a Michael upewnił się, że wszystko jest tak, jak być powinno, zaczęło się pandemonium.

Aniołowie, którzy do tej pory podtrzymywali wszystko razem, teraz w jednym momencie opuścili swoje zapory, a wszystko naokoło zalało przerażająco jasne światło wymieszane z czarnym dymem, dającym do zrozumienia, że zdecydowanie nie jest to Boża siła.

W powietrzu zaczęła drgać energia, a całą przestrzeń zaczęły zajmować skrzydła różnych kolorów i struktur. Aniołowie, zjednoczeni pierwszy raz od tysiącleci teraz nie zważali na to, kto kiedyś się zbuntował, a kto dalej służył w imię Ojca. Teraz liczyło się tylko powstrzymanie Chaosu, który za wszelką cenę nie mógł dostać się do Ziemi.  

Według Michaela ni cholery nie wyglądało to jak jakakolwiek bitwa stoczona wcześniej, nie lała się krew, nie błyskały odbierane łaski ani nie było słychać nieustannego szczęku metalu o metal. Aniołowie tylko stworzyli coś na kształt okręgu, każdy skupiony na wyizolowaniu jak największej ilości mocy, którą potem mieli skupić w jednym punkcie, konkretniej rzecz ujmując ołtarzu Kaplicy Sykstyńskiej, który dzięki zgromadzonym przez lata pokładom ludzkiej wiary mógł stać się idealnym katalizatorem.

Plan zakładał, że kiedy wszyscy możliwi Skrzydlaci skupią się wystarczająco, uda im się wyprzeć Chaos gdzieś za granicę światów, a Aniołom uda się zbudować nowe granice.

Póki co, wszystko szło zgodnie z planem.

Im dłużej jednak trwała cała ta operacja, Skrzydlaci opadali z sił, niektórzy nawet mdleli, a Michael mimo usilnych starań nigdzie nie mógł zlokalizować Gabriela.

***

Winchesterowie byli w połowie drogi, kiedy nagle powietrze zaczęło jakby samoistnie szumieć, a drzewa falowały jakby miotał nimi strasznie agresywny wiatr. Problem leżał jednak w tym, że tego dnia od rana ani przez moment nigdzie nie było ani śladu wiatru ani okazji do pogorszenia się pogody. Przy okazji, niebo zamiast ściemniać się, stawało się coraz jaśniejsze i śmiało można by wysnuć wnioski, że Słońce właśnie się przegrzało i postanowiło wybuchnąć zmieniając Ziemię w kupkę nic nieznaczącego pyłu na wietrze.

To, co miało się wydarzyć, już się zaczęło, a oni nawet nie wiedzieli czym niszczycielska siła może być. Dean głośno zaklął i gwałtownie zawrócił, bez konsultacji z bratem uznając, że teraz nawet informacje już nie pomogą.

Cała impreza została w rękach tych pierzastych kretynów, a bracia Winchester właśnie dość brutalnie zostali o tym uświadomieni.

***


Gabriel wiedział, po prostu czuł, że tak właśnie musi być i w tamtym momencie nic, nawet myśl o Samie Winchesterze nie była w stanie poważyć jego decyzji i tego co postanowił. Archanioł od razu na początku kiedy tylko ściany zaczęły się walić, uznał, że jego życie już i tak się dłuży i czas w końcu zrobić coś dobrego dla sprawy.

bloodflood || spnOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz