18. London Thunder

973 103 1
                                        

Od ich niesamowitego powrotu z Piekła minęły już ponad trzy doby, a stan Gabriela wydawał się nie wzruszać upływem czasu i dalej tkwił w swoim początkowym, martwym punkcie.

Winchesterowie, ku ogólnemu niezadowoleniu objawiającemu się szczególnie ze strony Sama, zostali zmuszeni opuścić Niebo pod pretekstem jakichś durnych paragrafów, których i tak nikt nie odkurzał od wieków, ale Balthazar nagle uznał, że dura lex, sed lex i nic nie było w stanie przekonać go o błędzie we własnym rozumowaniu.

Anioł nie chciał się do tego przyznawać przed Łowcami, ale musieli w Niebie przeprowadzić poważną rodzinną rozmowę i raczej wolał, żeby Winchesterów przy niej nie było.

Fakt faktem, byli istotną częścią ludzkiego pierwiastka w życiu świata, a wszystkie powiązane z nimi wątki robiły swoje, jednak człowiek człowiekiem pozostawał i nie powinien uczestniczyć w tego typu wydarzeniach, niezależnie od prywatnie zawieranych koneksji czy nawiązywanych relacji.

I nie żeby Balthazar odwoływał się tu do konkretnych przypadków, a gdzie tam, nigdy w życiu.

***

Sam miał wrażenie, że albo zaraz wybuchnie mu głowa, albo podłoga pod nim spektakularnie się zapadnie, dając do zrozumienia, żeby przestał kręcić bezsensowne koła na środku Singerowego salonu.

Od kiedy tylko skończyli pamiętne posiedzenie w gabinecie Gabea i zostali niemal wykopani na Ziemię, myśli Sama niemal w każdym momencie opiewały na całą tą sprawę z porwaniem Gabriela i na samą osobę Archanioła, o którą, swoją drogą, aktualnie cholernie się martwił.

Myśl o tym, że Skrzydlaty może się jednak nie obudzić nie dawała mu spokoju i za każdym razem tak samo mocno ściskała go za gardło, przy okazji nie dając spokojnie spać i odbierając apetyt.

Gdzieś z tyłu głowy, odsunięta na dalszy plan, znajdowała się jeszcze sprawa tajemniczego sygnetu, odnośnie którego nie udało mu się dowiedzieć absolutnie nic i nawet Cas nie mógł mu powiedzieć na jego temat niczego istotnego. Jedynym, co stwierdził Anioł był fakt, że najpewniej jest to jakiś starożytny artefakt i najprawdopodobniej pochodzi od samego Boga. Skrzydlaty nie widział go jednak nigdy wcześniej i z konsternacją kiwał głową przy każdym kolejnym pytaniu Sama. Rozmowa z ciemnowłosym Aniołem nie przyniosła mu nic nowego, dlatego Łoś żeby zająć czymś myśli na każdy możliwy sposób próbował dowiedzieć się czegoś, chociaż najmniejszego szczegółu, który mógł być  istotny dla sprawy teoretycznej ozdoby.

***

Światopogląd Deana musiał zostać dość mocno przeanalizowany, przetransferowany i zmieniony w momencie, w którym Anioły pojawiły się w ich życiu i postanowiły w nim pozostać.

Całą sprawę dość istotnie komplikowało jednak pojawienie się samego Boga, najwyższego gracza i ojca tych pierzastych dupków.

O ile Winchester był w stanie pojąć i chociaż w jakimś stopniu zrozumieć anielską egzystencję przeplatającą się ze swoją własną, z którą od jakiegoś czasu spotykał się niemal codziennie, tak najwyższy byt Boga był mu totalnie obcy i wydawał się zbyt odległym, żeby mógł być prawdziwym.

Dean już widział oczami wyobraźni jak jacyś ludzie, których wiara przekroczyła granice normy już dawno temu i zrobiła się raczej niegroźną obsesją, zapraszają go na swoje spotkania, polecają zagłębić się w Piśmie Świętym, albo porozmawiać z księdzem zaraz po wysłuchaniu przydługiego kazania o moralnych wartościach i Boskiej miłości.

Winchester mimowolnie się wzdrygnął.

A wszystko to, teoretycznie w imię poznania Boga.

Ciekawe, co na to wszystko sam zainteresowany.

- ... Dean? - Znajomy głos wyrwał go z przemyśleń, a wywołany potrzebował chwili, żeby dopasować dźwięk do stojącego nad nim Casa.

Swoją drogą, przez to całe ostatnie zamieszanie, prawie wcale nie spędzał z ciemnowłosym czasu, a o chwili bez gapiów nie mogło być nawet mowy. Denerwowało go to i frustrowało, tym bardziej w takich momentach jak ten, kiedy Castiel pochylał się nad nim i długa szyja była idealnie wyeksponowana, a usta prawie na poziomie jego własnych...

Winchester, ogarnij się. Dean strzelił sobie mentalny policzek na otrzeźwienie i z ociąganiem odpowiedział.

- Co jest, Cas?

- Gabriel. - Głos Anioła nie brzmiał tak pewnie jak powinien i Deanowi wydało się, jakby widział przemawiające przez Skrzydlatego zmartwienie. - On chyba się budzi.

- To raczej dobrze, czy się mylę? - Lewa brew Winchestera podjechała dwa piętra do góry w wyrazie niezrozumienia.

- Tak, tak, to dobrze. Tylko, no wiesz, martwimy się o niego. Nie wiemy, co może pamiętać i w jakim stanie jest jego łaska. Gabriel jest tak samo ważny dla nas wszystkich, jest naszym starszym bratem. Wiedziałeś, że każdy anioł taki jak ja, ma swojego opiekuna rangą wyżej? Moim był właśnie Gabriel. - Dean mógł przysiąc, że zauważył w oczach Castiela nagły błysk łez. - Dean, ja... ja się boję. Naprawdę.

Łowca niewiele myśląc, przyciągnął do siebie Skrzydlatego, zamykając go tym samym w ciepłym, kojącym uścisku i cicho powtarzając do ucha uspokajające słowa.

Winchester nie spodziewał się, że Cas w ich towarzystwie kiedykolwiek stanie się aż tak ludzki, że dosięgną go tego typu uczucia.

Nie mógł jednak powiedzieć, żeby w jego opinii było to coś złego.

Drzwi do pokoju Deana rozwarły się gwałtownie, a prawie całą przestrzeń pomiędzy framugami zajmował teraz jego młodszy brat, którego nawet w najmniejszym stopniu nie speszył widok jaki zastał i bez jakiegokolwiek przywitania wypalił.

- Dobrze mi się wydawało, że z kimś rozmawiasz. - Samantha nawet nie krył oskarżycielskiego tonu i po pociągnięciu imponującego łyka kawy z trzymanego w dłoni kubka, natychmiast kontynuował. - Wiesz coś nowego, Cas? - Sam zdawał się nie dostrzegać ogólnego roztrzęsienia Anioła.

- Gabe powoli się wybudza. - Zamiast głosu Castiela zabrzmiał ten Deana.

Gdyby Dean nie znał swojego młodszego brata, powiedziałby, że ta wiadomość może minimalnie go ruszyła. Znał jednak Sama tak dobrze jak schowek w Impali i zauważył wszystkie te krótkie, urywane emocje przebiegające po, tak bardzo zmęczonej ostatnimi dniami, twarzy. Było tam wszystko, cały strach, nadzieja i jej brak, cały niepokój, troska i zbyt wielka duma, żeby przyznać się do całego tego wachlarza emocji.

Dokładnie piętnaście minut później cała ich trójka stała przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami, których kolor można było określić jako wenge.

Sam nie chciał się do tego przyznać, ale coraz mocniej się stresował, a ucisk w żebrach stawał się coraz bardziej natarczywy.

Dean, chyba wyłapując napięcie swojego brata i mocniej ściskając dłoń Castiela, postanowił jako pierwszy pchnąć drzwi i przekroczyć próg.

Oczom całej trójki, ukazał się jasny pokój, z podłogą wyłożoną sosnowym drewnem i ścianami w podobnym kolorze. Na całe wyposażenie pomieszczenia składało się tylko niewiarygodnie duże łóżko i mały stolik, jakby przyklejony do większego mebla.

I zanim Sam zdążył zarejestrować, jeszcze drobniejszą niż zazwyczaj, postać ulokowaną w samym środku ogromu pościeli, usłyszał głos, za którym tak bardzo tęsknił, a który brzmiał jak powrót do domu.

- Cześć, dzieciaki. Cześć... Sammy.

____

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko znowu przeprosić za czas oczekiwania i mieć nadzieję, że rozdział się spodobał.

bloodflood || spnOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz