Kim jesteśmy?

2.2K 48 0
                                        

Abigail POV'S


Ten tydzień ciągnął się naprawdę jak wieczność. Nie dość, że Rebecca i Dylan się nie obudzili, to jeszcze z jednego szpitala pojechałam do drugiego, na konsultacje z Joshem. Okazało się, że moja anemia się trochę pogorszyła i muszę brać silniejsze leki, albo będę miała przytaczaną krew.

Nie mogło być lepiej.

Co do reszty osób, które siedziały ze mną w szpitalu. Wyszli tak samo jak ja, czyli dzisiaj. Jedynie Theo udało się wyjść przedwczoraj, ze względu na dobre wyniki. Przez większość czasu w Leeds rozmawiałam z rodzicami moich przyjaciół i sama siedziałam przy nich, czekając aż się wybudzą. Parametry są w normie, ale nadal się nie obudzili, co mi się coraz mniej podoba i coraz bardziej zaczynam się obawiać najgorszego.

- Szach i mat! - krzyknął chłopiec, który, znowu, jakimś cudem mnie ograł. - Bb, nie umies.

- Jutro cię pokonam - stwierdziłam, a on pobiegł na górę, dalej śmiejąc się ze mnie.

Usłyszałam otwieranie drzwi, więc wstałam z kanapy i poszłam w stronę korytarza. Zatrzymałam się, kiedy oprócz samego Connora, zauważyłam też Jacka, który akurat ściągał buty.

- Cześć, jak się czujesz? - dostałam buziaka w policzek od rudowłosego, który najwidoczniej miał dzisiaj lepszy humor. Od tygodnia chodził smutny i tylko irytował każdego swoją bezużytecznością, niechceniem, i tym, że wolał spędzać czas samotnie.

- Lepiej - odparłam. - Co tu robisz?

- Miłe powitanie - czarnowłosy podszedł do mnie i mocno mnie uścisnął, całując przy tym na chwile moje usta. - Przyszedłem ci trochę potowarzyszyć.

- Myślałam, że nie masz dzisiaj czasu - dalej na niego patrząc, podniosłam jedną brew.

- Zabieram Aidika i róbcie co chcecie - przerwał nam mój brat. - Tylko z umiarem i rozsądkiem. Zachowujcie się po prostu..

- A czy kiedyś było inaczej? - odwróciłam się w jego stronę.

- Oczywiście - parsknął i wbiegł na górę.

Pokręciłam zrezygnowana głową i spojrzałam z powrotem na Watsona.

- Wpadłem na pomysł, żeby zrobić pizze - odezwał się. - Pogadamy, zjemy - ciągnął dalej, przez co musiałam się zaśmiać. Pokiwałam twierdząco głową i zaciągnęłam go do kuchni, gdzie zaczęliśmy szukać składników.

- Wrócę razem z Ryanem, więc pewnie jakoś późno - zerknęłam na brata, który trzymał chłopca za rączkę. - Nie rozwalcie kuchni, okej?

- Lepiej już jedź - zaproponowałam, co podziałało, bo pojechał.

- Brakowało tu ciebie, nie miał kto mnie wkurwiać - przyparł mnie do blatu. - Jestem na ciebie cholernie wkurwiony. Dlaczego się dowiedziałem do twojego brata, że przypisali ci nowe tabletki, a sama kazałaś mu o tym mi nie mówić.

- Chciałam..

- Nie chciałaś, problem w tym, że nie chciałaś. Nawet nie dyskutuj na ten temat.. dlaczego? Dlaczego nie chciałaś, żebym o tym wiedział. Kurwa, Evans. Uwierzysz mi w końcu, że naprawdę się o ciebie martwię i cholernie mi zależy na tobie, a ty nadal nie masz zaufania. Kim jesteśmy? -w jego oczach nie widziałam nic oprócz złości. Czyli norma.

- To ty mi lepiej powiedz na czym stoimy - przybrałam pewną postawę. - Pytałam cię o to wielokrotnie i nadal sama nie wiem na czym stoimy. Kim jesteśmy? Przyjaciółmi? Hm. Raczej nie. Wrogami? Nie sądzę, chyba nam do tego daleko. Dobrze wiesz jak dla innych wygląda nasza sytuacja.. przyjaciele z korzyściami, chociaż nie, to też nie to, no bo jakim cudem? Jeszcze mnie nie przeleciałeś, oprócz niewinnych pocałunków, między nami nie ma niczego.. Więc, wróćmy do twojego pytania, kim jesteśmy?

PROBLEM |PART ONE|Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz