Uznam to za komplement.

3.3K 64 4
                                        

Abigail POV'S


Środa i czwartek minął mi szybko i bez żadnych nowości. Nie spotkałam przez ten czas Masona, co było dla mnie zbawieniem. Oczywiście Jack, jak i Drew, oraz Theo gdzieś zaginęli i nie było ich w szkole przez ten czas. Wiele osób już zaczęło rozpowiadać przeróżne plotki. Scott śmiał się z nich i nic nie komentował. Nie odpowiadał na pytania związanymi z nimi.

Dzisiaj ludzie już tylko rozmawiali o wieczornej imprezie. Miejmy nadzieję, że będzie tak dobrze, jak mówią, że będzie.

- Bawimy się dzisiaj, no nie Ab - szturchnął mnie Price, który usiadł się z nami na obiedzie.

- Gdzie jest dzisiaj impreza w ogóle? - spytałam, jedząc dalej kanapkę.

- U Masona - spojrzała na mnie znacząco Becca. - Wy nie uwierzycie jak będzie wyglądać Abby!

- Aż tak źle, czy tak dobrze? - zagadnął blondyn.

- Właśnie, bo ty nam nie powiedziałaś co ubierasz! - oburzył się Peter. - Powinienem się tego jako pierwszy dowiedzieć.

- Przesadzasz - machnęłam ręką. - Zobaczysz wieczorem, tak jak wszyscy.

- Pewnie będzie wyglądać jeszcze seksowniej, niż zazwyczaj - parsknął Scott. - Prawda?

- Uznam to za komplement - posłałam mu szczery uśmiech i poklepałam po ramieniu, kiedy przechodziłam obok, ruszając do wyjścia.

*

- Start! - gwizdnęła trenerka, a wszyscy, w tym samym czasie, wystrzelili do przodu.

Chciała sprawdzić, po raz kolejny, naszą kondycję i orientację w terenie. Mam przed sobą do przebiegnięcia pięć kilometrów po pobliskim lesie i parku. Jak na złość zaczęło jeszcze lać. Próbowałam nie zwracać na to uwagi, jednak nie szło mi za dobrze, bo padało mi prosto na twarz i na tą cholerną mapę.

- Cholera - warknęłam pod nosem i wbiegłam szybko do lasu.

Tu już było spokojniej. Ogarnęłam gdzie jestem na mapie i ruszyłam w kierunku pierwszego punktu. Jak się okazało był on schowany w chwastach, przez co moje leginsy i buty były brudne i przemoknięte.

Następne dwa było po drodze do parku. Nie miałam z nimi problemu jak z pierwszym, ale jednak wejść na gałąź drzewa i znaleźć jebany punkt w małej dziurze w ziemi, też jest wyczynem.

W parku, na nieszczęście ludzi było sporo, co nie było dla mnie dobre. Na kilka osób wpadłam, paru na mnie wpadło. Starsza pani mnie wyzwała, a jakieś dziecko rzuciło we mnie piłką. Żyć nie umierać.

Kiedy w końcu znalazłam się z powrotem w szkole, opadłam na boisko. Nade mną przeleciała piłka, a na mnie rzucił się Peter.

- Pojebało cię? - warknęłam w jego stronę.

- Jeszcze nie - wyszczerzył się. - Gdzie ty latałaś, że jesteś taka brudna?

- A szwędałam się trochę po lesie, wiesz, nudziło mi się - powiedziałam sarkastycznie, zrzucając z siebie chłopaka. - Jesteś strasznie ciężki.

- Ja jestem leciutki jak piórko - oznajmił. - Widzimy się wieczorkiem?

- No tak, kto nas zawozi?

- Niby Theo miał, ale będę musiał się do niego dodzwonić, bo nigdy nic nie wiadomo - wzruszył ramionami.

- A nie lepiej zapytać Scotta? - zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Price, który, akurat, się do nas zbliżał.

PROBLEM |PART ONE|Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz