Rozdział 49

118 7 1
                                        

Tobias POV

Kiedy widzę w drzwiach Lily, czuję taką złość, że mam ochotę coś rozwalić.

- Co ty tu robisz? - Pytam z niechęcią.

- Chciałabym po raz ostatni poprosić cię o wyjechanie z miasta - odpowiada, patrząc na mnie wnikliwie. Uśmiecham się złośliwie.

- To, że okazałaś się tchórzem i wyjechałaś z miasta, nie oznacza, że mam się zachować tak samo - stwierdzam.

- To nie było tchórzostwo, a zdrowy rozsądek - wytyka mi. - Jeśli sam nie chcesz wyjechać, pozwól, że wezmę Toby'ego w bezpieczne miejsce.

- Czyli do Agencji? - Unoszę brwi.

- Tak. Tutaj niedługo rozpęta się piekło. Chcesz go narażać?

Nie. Ostatnie czego bym pragnął to krzywda Toby'ego. Nie chcę się jednak z nim rozstawać... jednak muszę bronić miasta. Mam rozterki i czuję się winny. Najpierw opuściła go mama, a teraz tata... Czy jestem w stanie mu to zrobić?

- Oddasz go Tris? - Upewniam się.

Lily waha się.

- Jeśli taka będzie jej wola, to tak.

- Nie pozwolisz go skrzywdzić?

- Oczywiście, że nie.

- A nasza córka? - Pytam, znowu czując ciężar na sercu. Uciekła z naszym dzieckiem.

- Ja... - Lily wygląda tak, jakby biła się z myślami. Jakby chciała mi coś powiedzieć. - Ona nie jest... Sarah ma się dobrze - duka w końcu.

- Dlaczego to zrobiłaś? - Pytam ją jeszcze. Wiem, że za chwilę odejdzie. Wszyscy ode mnie odchodzą. Może nie zasłużyłem na to, żeby ktoś kochał mnie na tyle, by zostać. - Zaplanowałaś to już wcześniej?

- Muszę już iść - Lily zerka na zegarek. - Jeśli chcesz, żeby Toby był bezpieczny, daj go mi.

Zerkam przez ramię na chłopca, który siedzi na podłodze w salonie i wpatruje się w widok za oknem. Wzdycham i podchodzę do niego. Obracam go w swoją stronę i próbuję powstrzymać łzy, które cisną mi się do oczu.

- Toby, pójdziesz teraz z Lily, dobrze? - Jak zwykle nie widzę żadnej reakcji i nie słyszę odpowiedzi. - Przepraszam, że nie idę z tobą. Muszę tutaj coś załatwić. Obiecuję, że postaram się po ciebie wrócić. Kocham cię, synku - daję mu buziaka w czoło, po czym przytulam go do siebie. Trwa to dłuższą chwilę, a zniecierpliwiona Lily chrząka.

- Tobias - mówi, a ja odrywam się od syna.

Podnoszę go i idę do drzwi. Podaję go Lily.

- Nie rozumiem, czemu jesteś taki uparty. I tak was stąd wywleką, czy tego chcecie, czy nie.

- Są rzeczy, dla których warto walczyć i się poświecić. Może kiedyś zrozumiesz.

- Wątpię - kręci głową. - Powodzenia.

- Dbaj o niego - mówię, a ona rzuca mi ostatnie spojrzenie i wchodzi do windy.

***

- Oddałeś jej Toby'ego?! - Christina patrzy na mnie jak na kompletnego idiotę. - Zwariowałeś?!

- Nie chciałem go narażać na niebezpieczeństwo. Oni nas zaatakują, nie będą się z nami bawić - odpowiadam.

- Trzeba było iść z nimi - burczy dziewczyna, sprawdzając magazynek w swojej broni.

Czekamy przy bramie na ostateczny atak. Przyglądam się pozostałym i stwierdzam, że wyglądają na wyluzowanych. Typowi Nieustraszeni, zawsze chętni do bitki.

- Dotrzymuję słowa, a obiecałem bronić Chicago - mówię.

- Obiecałeś Tris, że zajmiesz się Tobym - przypomina mi Christina.

- Wszelkie obietnice złożone Tris nie mają już znaczenia - prycham.

- Możecie zostawić tę dramę na później? - Pyta zniecierpliwiony Tyler. - Skupcie się.

Zaledwie wypowiada te słowa, słyszymy dziwny hałas, jakby rój pszczół. Kiedy spoglądam w niebo, widzę dziwne urządzenia nad naszymi głowami.

W tym samym momencie następuje eksplozja przy bramie. Siła wybuchu odrzuca nas setki metrów dalej. Upadam ciężko na plecy i zauważam, że z urządzeń nad naszymi głowami wydobywa się dziwny, żółto-szary dym.

- Wycofać się! - Krzyczy Tyler.

Przez zniszczoną bramę przejeżdzają pancerne, wielkie pojazdy, podobne do tych, którymi kiedyś posługiwała się Erudycja.

Zaczynam się krztusić, przez ten dziwny dym. Widzę, że Christina dotyka swojej głowy, a kiedy przypatruje się swojej dłoni, widać na niej krew. Musiała upaść na odłamek sforsowanej bramy.

- Chodź - podciągam ją i pomagam biec. Rozdzielamy się i zostaję tylko z nią, ukryci za ścianą budynku. - Dasz radę?

- Nic mi nie jest - odpowiada, przewracając oczami. Widzę jednak, że zbladła.

Ustawiam się i próbuję wycelować w jeden z pojazdów. Kiedy mi się udaje, zaczynam strzelać, ale moje pociski nie robią żadnych szkód, tylko się od niego odbijają. Znowu słyszę te cholerne urządzenia, które przypominają pszczoły, więc bez zastanowienia strzelam do jednego z nich.

To nie był najlepszy pomysł. Wybucha, a dym, który ulatniał się w miarę powoli, teraz zawisł gęsto nad nami, po chwili opadając.

Musimy uciekać, więc to robimy. Za nami jadą kolejne pojazdy, tym razem już do nas strzelając. Wokół panuje chaos, jest szaro od dymu, ciągle słychać kolejne eksplozje. Nie mam pojęcia, gdzie się podziali pozostali.

Agencja nie przyjechała tutaj, żeby się nas pozbyć z Chicago.

Oni przyjechali po to, żeby się nas pozbyć raz na zawsze.

Nawet nie wiem, dokąd biegniemy. Coraz słabsza Christina potyka się o głaz, więc kolejny raz ją podnoszę. Biegniemy zygzakiem. Kolejne strzały chybiają nas o centymetry. Tylko centymetry dzielą mnie od śmierci.

Przecież kiedyś tego chciałem. Myślałem, że Tris nie żyje, więc też pragnąłem śmierci. To takie proste... wystarczy, że pozwolę im we mnie wycelować.

Wycelowali, ale w Christinę. Pada ciężko na ziemię, nie dając oznak życia.

Jestem wściekły. Przestaję biec i staję wyprostowany przed ścigającym nas pojazdem.

Nie mam czasu nawet pomyśleć o niczym szczególnym. Kiedy mnie trafiają, nie czuję nawet bólu.

CDN.

HOW IT ENDSOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz