Rano niezmiennie znajdowałem się w objęciach Dominika, którego rozgrzane ciało było wilgotne od potu. Mruknąłem z zadowoleniem, ostrożnie wyswobadzając się z jego uścisku, by się przeciągnąć, a następnie ziewnąć głośno. Dwie łzy spłynęły wzdłuż skroni, ginąc w rozsypanych na poduszce, różowych włosach. Zerknąłem w prawo na rozmazaną plamę, która była moim chłopakiem, i z powrotem przysunąłem się do niego, by pocałować równie wilgotną skroń. Jednak temperatura jego czoła zepsuła mój dobry nastrój. Sięgnąłem do niego dłonią, odklejając brązowe kosmyki od lepkiej skóry, by upewnić się w mojej diagnozie.
– Niko? – szepnąłem, ale chłopak jedynie mocniej otulił się kołdrą.
Wstałem z materaca i zacząłem w pośpiechu wsuwać na siebie ubrania. Wciągnąłem spodnie bez uprzedniego zakładania bielizny, a koszulkę założyłem na lewą stronę, co zauważyłem dopiero po włożeniu soczewek kontaktowych. Następnie ruszyłem do kuchni, w której zastałem młodą kobietę. Siedziała przy stole i czytała mocno wysłużoną książkę, a gdy zatrzymałem się w drzwiach, uniosła wzrok i obdarzyła mnie ciepłym, matczynym uśmiechem.
– Dzień dobry – przywitałem się.
– Dzień dobry, Niko jeszcze śpi?
– Niko chyba jest chory – odpowiedziałem, a młoda twarz zmarszczyła się w grymasie pełnym zmartwienia. – Wczoraj trochę wymarzliśmy, czekając na pomoc. Mam nadzieję, że to tylko lekkie przeziębienie.
Już w połowie mojej wypowiedzi kobieta podniosła się z krzesła i ruszyła prosto do pokoju syna, który niezmiennie spał, zawinięty w kołdrę. Klęknęła na ziemi przy materacu i przyłożyła kościstą dłoń do jego spoconego czoła. Dopiero wtedy powieki Dominika drgnęły, a następnie uniosły się niepewnie, pozwalając czekoladowym oczom nawiązać kontakt wzrokowy wpierw z matką, a następnie ze mną.
– Jak się czujesz? – zapytała go, czule przeczesując spocone włosy syna.
– Zmęczony i boli mnie głowa – wydukał zachrypniętym głosem. – Która godzina?
– Dochodzi siódma – odpowiedziała. – Ale ty dzisiaj nie wstajesz z łóżka. Ugotuję ci rozgrzewającą zupę, żebyś porządnie się wypocił, dobrze?
Skinął głową, bez wahania zgadzając się z wolą matki.
– Co z Syriuszem? – zapytał. – Musimy wyjść na spacer.
– Kto to Syriusz?
– Pies sąsiadów z klatki obok – odpowiedzi udzieliła mi matka chłopaka. – Dzisiaj nie możesz z nim wyjść, jesteś przecież chory.
– Ja z nim pójdę! – zadeklarowałem się. – Od razu skoczę do apteki po jakieś lekarstwa.
Byłem absolutnie przekonany, że wyjście z psem na spacer wcale nie jest dużym wyzwaniem. Przecież nie raz spacerowałem razem z Maksem i Rododendronem po dużej posiadłości państwa Abrahamowiczów, a mały pomeranian radośnie truchtał od krzewu do krzewu, by obsikać niższe gałęzie, unosząc do góry tylną łapę. Czasami zaczynał zabawnie przykucać, a wtedy były przyjaciel wołał ogrodnika, żeby posprzątał po psie niespodzianki pozostawione na soczyście zielonej trawie. Właśnie dlatego wyjście z Syriuszem tak bardzo mnie zaskoczyło.
Pies był czarny jak noc, głową sięgał mi do pasa, a jego sierść w dotyku była przyjemnie gładka. Miał bardzo dużo siły i energii, więc od razu po wyjściu z klatki zaczął ciągnąć mnie za sobą niczym szmacianą lalkę. Biegłem za zwierzęciem, które chciało się ścigać i bawić, przyzwyczajone do Dominika, którego tryb życia o wiele bardziej pasował do tej żywiołowej bestii. Dosłownie dwa osiedla dalej czułem się, jakbym właśnie przebiegł maraton albo przeszedł intensywny trening. Dotarliśmy do parku, gdzie pozwoliłem sobie przywiązać grubą, skórzaną smycz do ławki i usiąść, by złapać oddech. Czarny pies, mimo swojego rozmiaru, był bardzo łagodny. Oparł mi ciężki łeb na udzie, domagając się pieszczot za uchem. W pewnym momencie zaczął delikatnie szarpać mój rękaw od bluzy z długim rękawem, w której mimo chłodnego poranka, było mi za gorąco.
CZYTASZ
TAKE ME TO BED
Romance『zaĸończone, вoy х вoy』 Gabriel jest seksoholikiem i, wypierając istnienie problemu, próbuje być szczęśliwy w nienawidzącym go świecie. '𝘞𝘦 𝘸𝘦𝘳𝘦 𝘣𝘰𝘳𝘯 𝘴𝘪𝘤𝘬, 𝘺𝘰𝘶 𝘩𝘦𝘢𝘳𝘥 𝘵𝘩𝘦𝘮 𝘴𝘢𝘺 𝘪𝘵' - 𝖧𝗈𝗓𝗂𝖾𝗋 '𝖳𝖺𝗄𝖾 𝗆𝖾 𝗍𝗈 𝖼𝗁...
