4 | wiśnia

4.7K 347 75
                                        

Tego ranka budzik po raz kolejny zadzwonił za szybko. Odnosiłem wrażenie, że ledwo opuściłem powieki, a już musiałem unieść je z powrotem i szykować się na kolejny dzień w szkole. Odnalazłem po omacku telefon i w końcu irytujący dźwięk pozostał jedynie echem w mojej głowie. Ciepły oddech Kamila łaskotał mnie w kark. Chłopak ciasno obejmował moje nagie ciało, jakby się bał, że ucieknę mu gdzieś w nocy po tym, jak mnie rozwiązał. Zacząłem suwać opuszką palca po jego śródręczu. Z początku kreśliłem bliżej nieokreślone kształty, tworząc jakieś bohomazy, następnie narysowałem niewidzialne serduszko, by finalnie, z czułym uśmiechem na ustach, napisać na skórze chłopaka „kocham cię".

– Ja ciebie też – wymruczał zachrypniętym głosem, kiedy po raz trzeci kończyłem zapisywać ostatnią literkę.

– Odwieziesz mnie? – zapytałem, odwracając się do niego przodem. – Nie chcę jechać autobusem.

– Dobrze, tylko daj mi jeszcze z pięć minutek.

– Jesteś najlepszy.

– Bo daję ci się wykorzystywać?

– Między innymi.

Gdy zszedłem na śniadanie, witając się ze wszystkimi domownikami, Natalia zmierzyła mnie nienawistnym spojrzeniem. Nie pozostawiała żadnych wątpliwości, iż kolejny raz razem z Kamilem nie daliśmy jej spać w nocy. Matka chłopaka, piękna kobieta o najmilszym uśmiechu na świecie, przywitała mnie, jak własnego syna, zapraszając gestem dłoni do stołu, na którym już czekały naszykowane zastawy stołowe – pięć kompletów, jakbym naprawdę był częścią ich rodziny. Chwyciłem po łyżkę, by nabrać na nią ciepłe mleko z płatkami, drugą ręką automatycznie sięgnąłem po telefon.

Wszedłem w moje wiadomości z Maksem, zauważając przy zdjęciu chłopaka zieloną kropkę. W moim wnętrzu pojawiało się pragnienie, by zaczepić przyjaciela, chociaż nie wiedziałem, co niby miałbym mu napisać. W końcu zdecydowałem się, żeby po prostu włączyć przednią kamerę, a z telefonu zerknęła na mnie moja własna twarz, która pozostawiała dzisiejszego ranka naprawdę wiele do życzenia. Skrzywiłem się, widząc własne niedoskonałości skórne oraz worki pod oczami, które zawdzięczałem zbyt krótkiej nocy, następnie mój wzrok zatrzymał się na czerwonej malince na szyi.

Jeśli ktoś miałby wątpliwości, co spędziło mi sen z powiek, właśnie ona rozwiewała je całkowicie.

Zrobiłem sobie selfie, specjalnie odsłaniając purpurowy ślad. Na zdjęciu wyszedłem jeszcze gorzej, niż wyglądałem naprawdę, mimo to wysłałem je do Maksa z krótkim dopiskiem „dzisiaj bez makijażu się nie obejdzie". Nabrałem łyżką kolejną porcję płatków, z uśmiechem dostrzegając, że moja wiadomość została wyświetlona przez przyjaciela. Przeżuwałem jedzenie, czekając, aż odpisze coś złośliwego, komentując tragiczny stan mojej twarzy. Jednak, ku mojemu rozczarowaniu, zielona kropka zniknęła, pozostawiając mnie bez odpowiedzi, a uśmiech zszedł z mojej twarzy.

Poczułem przypływ złości. Nienawidziłem, kiedy Maks mnie olewał w ten sposób, jakby napisanie jednego, krótkiego słowa było dla niego za trudne. Mógł nawet kazać mi spierdalać, ale nie pozostawiać bez odpowiedzi. Przecież tyle razy mu powtarzałem, że nawet jeśli będzie umierał, to nie ma prawa wyświetlić mojej wiadomości i nie odpisać.

Nie dziwne więc, że godzinę później stałem wkurzony na szkolnym korytarzu, czekając, aż Maks w końcu przyjedzie do szkoły, bym mógł dać mu porządny opierdol i kazać przekupić mnie zaproszeniem na kebaba lub pizzę. Jednak minuty mijały, uczniowie wypełniali sale lekcyjne, a jego wciąż nie było. Sprawdzałem telefon około dziesięciu razy na minutę, wciąż wpatrując się w moje tragiczne selfie i malutkie zdjęcie przyjaciela, przy którym już od rana nie było zielonej kropki. Wzdychałem ciężko, a moja złość powoli znikała, ustępując miejsca... przerażeniu.

Nie chciałem spędzać całego dnia w szkole bez Maksa u boku. Ten wyrośnięty chłopak dawał mi poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo potrzebowałem, wciąż stając zupełnie sam, wymijany przez innych uczniów. Niektórzy zupełnie olewali moje istnienie, inni zerkali na mnie z odrazą lub z wyższością, jakby naśmiewali się, że nie mam przyjaciela przy swoim boku.

Dlaczego nie przyszedł do szkoły akurat dzisiaj? Nie malowałem się na co dzień i czułem, że podkład na twarzy, cienie na oczach oraz różowy błyszczyk na ustach wcale nie działają na moją korzyść. Gdyby Maks był obok, trzymałbym głowę dumnie uniesioną, jednak teraz pochylałem ją nisko, jakbym próbował się schować.

– Gdzie zgubiłeś swojego alfonsa, pedale? – Usłyszałem znajomy głos tuż przede mną i wcale nie musiałem patrzeć na rozmówcę, żeby wiedzieć, z kim miałem do czynienia.

Oskar Zieliński – przewodniczący szkolnego klubu bokserskiego, bałwan nad bałwanami, tępy bezmózg, którego jedynym zdanym egzaminem był test na bycie skończonym idiotą. Oprócz tego jego nos został złamany przynajmniej o dziesięć razy za dużo.

– Daj mi spokój – mruknąłem. – Nie jestem w nastroju, na twoje...

– Wyglądasz, jakbyś wrócił z burdelu, jebana męska dziwko – przerwał mi. – Nawet nie zdążyłeś zmyć z ryja tapety... i zaschniętej spermy!

Dookoła nas rozległy się śmiechy, a kilku chłopaków, rechocząc złośliwie, powtórzyło słowa swojego lidera. Debile z klubu bokserskiego zawsze przypominali mi klasycznych antagonistów z amerykańskich romansideł o szarej myszce i badboyu, których wszyscy mieli już dość.

W końcu zdecydowałem się nie czekać już na Maksa i pójść do klasy, byleby uciec od mojego dręczyciela, jednak Oskar wcale nie miał zamiaru pozwolić mi odejść.

– Może ci pomóc, co? – zapytał, zanosząc się śmiechem z własnego pomysłu, chociaż jeszcze nie zdążył powiedzieć, co zrodziło się w jego durnej głowie. – Wiśnia, twój starszy kolega chciałby, żebyś zmył mu makijaż. Nie wypada mu odmawiać.

Dopiero kiedy usłyszałem nieznane przezwisko, zdecydowałem się podnieść wzrok i spojrzeć na otaczającą mnie grupkę uczniów. Większość z tych twarzy znałem, byli to czwarto- i trzecioklasiści, którzy dokuczali mi w zeszłym roku, jednak wśród nich było kilka nowych osób, w tym też Dominik – wysoki brunet o pięknych oczach, którego udało mi się poznać wczoraj. Mogłem się domyślić, że należy do klubu bokserskiego, przecież jego postura i nastawienie do mnie jawnie na to wskazywały.

Dzisiaj też miał na sobie swoje ciężkie, czarne buty, które na pewno nie były zgodne z regulaminem szkoły, jego umięśniona klatka piersiowa prześwitywała spod białej koszuli z logo liceum, a w dużej dłoni trzymał przezroczysty bidon z czymś, co wyglądało na koktajl proteinowy lub zmiksowane, mleczne wymiociny.

– Nie rób tego – wykrztusiłem z siebie, widząc, jak długie palce chłopaka odkręcają szarą zakrętkę, ale on zupełnie zignorował moje słowa.

Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłem, nim zawartość bidonu pokryła moją twarz, był piękny uśmiech na jego spękanych, błyszczących wargach. 

TAKE ME TO BEDOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz