31 | zemsta

2.1K 263 119
                                        

Wychowawca przyglądał mi się uważnie, gdy pozwalał nam wrócić do domu po odbytej karze. Miałem nadzieję, że nawet jeśli domyślił się, iż moje zapewnienie, że Maks jest w łazience przez ból brzucha, było kłamstwem, odpuści chłopakowi i nie wyciągnie konsekwencji z jego ucieczki. Napisałem do przyjaciela wiadomość, w której jeszcze raz przeprosiłem go za dzisiejszy incydent i poinformowałem, że dla niego okłamałem nauczyciela, jednak nie dostałem żadnej odpowiedzi, przez co jedynie się zirytowałem.

Nienawidziłem kłócić się z Maksem.

Szedłem powoli szkolnym korytarzem, wgapiając się w wyświetlacz telefonu i czekając na nienadchodzącą odpowiedź. Kilka kroków za mną równie nieśpiesznie szedł Dominik. Jego tempo zdawało się dostosowywać do mojego; kiedy przyśpieszałem, on również przyśpieszał, kiedy zwalniałem, on również zwalniał. Po krótkiej wymianie zdań w klasie nie odzywaliśmy się do siebie, aż nie skończył sprzątać, wykonując samemu za nas całą karę. Myślałem, że to już koniec naszej konfrontacji na dzisiaj, jednak najwidoczniej byłem w błędzie.

Gdy dotarłem do szafek, również się zatrzymał, więc spojrzałem na niego, unosząc wysoko brwi. Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, nawet nie krył się z tym, że cały czas na mnie patrzył.

Miał naprawdę piękne oczy. Były tak ciemne, że aż prawie czarne. Odbijały się w nich ledowe lampy, przez co wyglądały, jakby w tych małych kulkach zamknięte było całe nocne niebo obsypane miliardami gwiazd. Kłamliwie sprawiały wrażenie dobrych, ciepłych i kochających, jednak tak naprawdę należały do okrutnego człowieka, który zasługiwał na wszystko, co najgorsze.

– Czego chcesz? – zapytałem, wyciągając z szafki srebrną kurtkę, którą od razu zacząłem na siebie wkładać. Skrzywiłem się lekko, wciąż czując ból w świeżo przebitych brodawkach.

Nie odpowiedział. Odwrócił wzrok, ostatecznie decydując się po prostu odejść.

***

Od przystanku autobusowego do domu Maksa trzeba było iść około dwunastu minut pod górkę. Udało mi się złapać lekką zadyszkę, nim biegiem dotarłem do bramy i wcisnąłem dzwonek. W drzwiach czekała gosposia, która zapytała, czy życzę sobie czegoś do jedzenia, ponieważ przegapiłem porę posiłku. Podziękowałem kobiecie, wspiąłem się na piętro i w końcu doparłem drzwi do pokoju przyjaciela.

Czarne loki wystawały ponad łóżko, a z telewizora wydobywały się odgłosy strzelaniny i stękania zabijanych zombie. Na skraju materaca stał Rododendron, merdając ogonem i ciesząc się moim powrotem, w przeciwieństwie do swojego właściciela, który nie uraczył mnie nawet spojrzeniem, a co dopiero jakimś słowem. Stanąłem między nim a ekranem, zmuszając Maksa, by przestał intensywnie uderzać w przyciski na padzie i spojrzał na mnie.

– Zasłaniasz – odezwał się pierwszy, a po dźwiękach z gry można było się domyślić, że jest właśnie zjadany przez żywe trupy.

– Musiałem kłamać, żebyś nie miał kłopotów – poinformowałem go, chociaż już wcześniej napisałem mu to w wiadomości.

– Nie musiałeś.

– Musiałem, bo mieliśmy karę do odbycia, a ty poszedłeś do domu.

– Nie chciałem przeszkadzać ci w ruchaniu się z Dominikiem.

– Kurwa mać, Maks! – wrzasnąłem. – Nienawidzę, kiedy jesteś zazdrosny!

– Jesteś moim narzeczonym, a jęczysz imię innego, kiedy ci obciągam! – odwarknął. – Jak mam się czuć? Mam się cieszyć? Bić ci brawo, że zadajesz mi cierpienie? Zraniłeś mnie, Gabriel.

TAKE ME TO BEDOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz