Wychowawca przyglądał mi się uważnie, gdy pozwalał nam wrócić do domu po odbytej karze. Miałem nadzieję, że nawet jeśli domyślił się, iż moje zapewnienie, że Maks jest w łazience przez ból brzucha, było kłamstwem, odpuści chłopakowi i nie wyciągnie konsekwencji z jego ucieczki. Napisałem do przyjaciela wiadomość, w której jeszcze raz przeprosiłem go za dzisiejszy incydent i poinformowałem, że dla niego okłamałem nauczyciela, jednak nie dostałem żadnej odpowiedzi, przez co jedynie się zirytowałem.
Nienawidziłem kłócić się z Maksem.
Szedłem powoli szkolnym korytarzem, wgapiając się w wyświetlacz telefonu i czekając na nienadchodzącą odpowiedź. Kilka kroków za mną równie nieśpiesznie szedł Dominik. Jego tempo zdawało się dostosowywać do mojego; kiedy przyśpieszałem, on również przyśpieszał, kiedy zwalniałem, on również zwalniał. Po krótkiej wymianie zdań w klasie nie odzywaliśmy się do siebie, aż nie skończył sprzątać, wykonując samemu za nas całą karę. Myślałem, że to już koniec naszej konfrontacji na dzisiaj, jednak najwidoczniej byłem w błędzie.
Gdy dotarłem do szafek, również się zatrzymał, więc spojrzałem na niego, unosząc wysoko brwi. Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, nawet nie krył się z tym, że cały czas na mnie patrzył.
Miał naprawdę piękne oczy. Były tak ciemne, że aż prawie czarne. Odbijały się w nich ledowe lampy, przez co wyglądały, jakby w tych małych kulkach zamknięte było całe nocne niebo obsypane miliardami gwiazd. Kłamliwie sprawiały wrażenie dobrych, ciepłych i kochających, jednak tak naprawdę należały do okrutnego człowieka, który zasługiwał na wszystko, co najgorsze.
– Czego chcesz? – zapytałem, wyciągając z szafki srebrną kurtkę, którą od razu zacząłem na siebie wkładać. Skrzywiłem się lekko, wciąż czując ból w świeżo przebitych brodawkach.
Nie odpowiedział. Odwrócił wzrok, ostatecznie decydując się po prostu odejść.
***
Od przystanku autobusowego do domu Maksa trzeba było iść około dwunastu minut pod górkę. Udało mi się złapać lekką zadyszkę, nim biegiem dotarłem do bramy i wcisnąłem dzwonek. W drzwiach czekała gosposia, która zapytała, czy życzę sobie czegoś do jedzenia, ponieważ przegapiłem porę posiłku. Podziękowałem kobiecie, wspiąłem się na piętro i w końcu doparłem drzwi do pokoju przyjaciela.
Czarne loki wystawały ponad łóżko, a z telewizora wydobywały się odgłosy strzelaniny i stękania zabijanych zombie. Na skraju materaca stał Rododendron, merdając ogonem i ciesząc się moim powrotem, w przeciwieństwie do swojego właściciela, który nie uraczył mnie nawet spojrzeniem, a co dopiero jakimś słowem. Stanąłem między nim a ekranem, zmuszając Maksa, by przestał intensywnie uderzać w przyciski na padzie i spojrzał na mnie.
– Zasłaniasz – odezwał się pierwszy, a po dźwiękach z gry można było się domyślić, że jest właśnie zjadany przez żywe trupy.
– Musiałem kłamać, żebyś nie miał kłopotów – poinformowałem go, chociaż już wcześniej napisałem mu to w wiadomości.
– Nie musiałeś.
– Musiałem, bo mieliśmy karę do odbycia, a ty poszedłeś do domu.
– Nie chciałem przeszkadzać ci w ruchaniu się z Dominikiem.
– Kurwa mać, Maks! – wrzasnąłem. – Nienawidzę, kiedy jesteś zazdrosny!
– Jesteś moim narzeczonym, a jęczysz imię innego, kiedy ci obciągam! – odwarknął. – Jak mam się czuć? Mam się cieszyć? Bić ci brawo, że zadajesz mi cierpienie? Zraniłeś mnie, Gabriel.
CZYTASZ
TAKE ME TO BED
Romansa『zaĸończone, вoy х вoy』 Gabriel jest seksoholikiem i, wypierając istnienie problemu, próbuje być szczęśliwy w nienawidzącym go świecie. '𝘞𝘦 𝘸𝘦𝘳𝘦 𝘣𝘰𝘳𝘯 𝘴𝘪𝘤𝘬, 𝘺𝘰𝘶 𝘩𝘦𝘢𝘳𝘥 𝘵𝘩𝘦𝘮 𝘴𝘢𝘺 𝘪𝘵' - 𝖧𝗈𝗓𝗂𝖾𝗋 '𝖳𝖺𝗄𝖾 𝗆𝖾 𝗍𝗈 𝖼𝗁...
