15.Dziękuję.

2K 43 17
                                        

Connor całą drogę przespał. Początkowo rzucał w moją stronę jakieś złośliwe komentarze, że zajadę mu samochód, ale ostatecznie odleciał, pozwalając mi w spokoju prowadzić tą bestię.

Nie wiem czy był bardziej poobijany czy zmęczony, ale jednego byłam pewna. Nie dojdzie do siebie tak prędko.

Zaparkowałam na podjeździe jego domu po czym złapałam dłoń śpiącego chłopaka i delikatnie nią potrząsnęłam.

Jego twarz przybrana była w niesamowitą ilość spokoju. Po jego rutynowym, obojętnym wyrazie twarzy, nie było nawet śladu. Kształtne usta, z których uchodził miarowy oddech miał lekko uchylone. Zamknięte powieki na mój dotyk nawet nie drgnęły, a roztrzepane włosy opadały mu bezwładnie na czoło.

— Connor — potrząsnęłam ponownie jego dłonią, jednak widząc, że to nic nie daje westchnęłam i wysiadłam z samochodu. Wyjęłam z torby chłopaka pęk kluczy po czym zabrałam z tylnich siedzeń nasze rzeczy. Rześkim krokiem ruszyłam w stronę bruneta po czym otworzyłam drzwi. Pochyliłam się do przodu, sięgając dłonią zamka i nacisnęłam czerwony plastik, odpinając jego pasy. Przełożyłam jego dłoń przez taśmę co w końcu wywołało reakcje z jego strony. Uchylił delikatnie oczy i widząc moją twarz przy swoim kroczu, na jego usta wpłynął prawie, że niewidoczny uśmiech.

— Przynajmniej obudziłem się przed akcją — stwierdził z ciężką chrypą, a ja przewróciłam oczami i złapałam za rękę bruneta. Założyłam ją sobie na barki i powoli wyciągnęłam Connora z pojazdu.

— Przezabawne — odpowiedziałam, zamykając drzwi pojazdu. Przyciskiem pilota zamknęłam samochód i uważając, żeby chłopak nie stracił równowagi, pokierowałam się z nim pod drzwi frontowe. Zaczęłam po kolei wpasowywać klucze w zamek i z każdym kolejnym oporem podczas przekręcania irytowałam się coraz bardziej.

— Słońce, ten prostokątny — wypalił po chwili mojej walki, a ja posłusznie złapałam za wskazany klucz i po chwili otworzyłam drzwi, wchodząc z brunetem do ciepłego pomieszczenia.

W moje nozdrza od razu uderzył zapach lawendy zmieszanej z wonią świeżo upieczonej szarlotki, a ciepło wydobywające się z rozpalonego kominka, rozlało po moim wnętrzu przyjemne uczucie. Zaczęłam piętami ściągać swoje buty i gdy w korytarzu zobaczyłam brązowowłosą kobietę ubraną w bordowy szlafrok posłałam jej blady uśmiech.

— Boże święty — wydusiła z siebie, mierząc zaniepokojonym wzrokiem swojego syna po czym otrząsając się z pierwszego szoku, szybko do nas podeszła.

— Nie wydaje mi się, żebym był taki święty. Ale dzięki za komplement, mamo — zażartował zachrypniętym głosem, a ta jedynie zgromiła go wzrokiem i wsunęła się pod ramię chłopaka.

— Co się stało? — zapytała w końcu, a ja już miałam coś mówić kiedy wyprzedził mnie z tym Connor.

— Jezu, ale z was panikary. Nic mi nie jest — zajęczał, a my nie komentując jego marudzenia powoli ruszyłyśmy w stronę schodów.

Nie chciał się przyznać do tego, że coś go boli. Nie wiem czy nie był przyzwyczajony, że ktoś się o niego martwił czy po prostu nie chciał się tym dzielić, ale z każdym kolejnym kłamstwem dotyczącym jego samopoczucia, miałam coraz to większą ochotę go udusić.

— Madeline, co się stało? — zapytała mnie po chwili, a ja westchnęłam i ostrożnie postawiłam stopę na pierwszym schodku.

— Zmordował się na boisku — odpowiedziałam jej krótko i czując zachwianie bruneta ścisnęłam dłoń na jego biodrze, starając się wzmocnić jego równowagę.

— Ten sport cię wykończy — mruknęła cicho i wprowadziła ze mną czarnookiego do pokoju. Pomogłyśmy mu usiąść na łóżku, a ten od razu opadł plecami na materac, wypuszczając głośno powietrze.

ImperfectionOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz