„Wtedy nie będę czuć nic prócz błyskawicy. Znikną ból, wspomnienia, zostanie tylko siła"*
Nic nie wyczerpywało mnie bardziej, niż własna głowa, która od natłoku myśli, bolała bardziej, niż podczas ciężkiej migreny. Ciężar jaki zrzucała na moje barki był nie do opisania i sama nie byłam w stanie przewidzieć, kiedy zwyczajnie się poddam. Z każdym kolejnym problemem, za który się zabierałam, zamraczałam powoli samą siebie, tracąc rachubę w upływających minutach mojego życia. Obcowałam się od świata, żeby zatracić się w walce z własnymi dywagacjami, starając się zrozumieć cel tego wszystkiego.
Ale do teraz nie znalazłam nawet tropu na odpowiedź. Musiałam czekać, aż to przeminie i być przygotowaną na ewentualny kataklizm.
Po dwugodzinnym wierceniu się na łóżku uznałam, że nie było żadnych szans na zaśnięcie w najbliższym czasie, dlatego zeszłam na dół, żeby dokończyć zakupioną przeze mnie kilka godzin temu paczkę papierosów. Była godzina trzecia czterdzieści dwa, a ja siedziałam na tarasie, patrząc się bez celu na zasłonięty szklanym przesuwanym oknem, abstrakcyjny obraz, który reprezentował chaos. Dokładnie tak samo jak moja głowa.
Brielle wraz z rodzicami wyjechali cztery dni temu. Preston i Charlotte byli wyrozumiali co do mojego zniknięcia, jednak przy pożegnaniu nie szczędzili sobie zawodu spowodowanym brakiem wspólnie spędzonego czasu. Nie czułam się dobrze z faktem, że tak bardzo zaniedbałam swoją najbliższą rodzinę, ale w imię spokoju i odpoczynku, zrobiłabym to i drugi raz.
A jeśli chodzi o samą Brielle, to traktowałam ją w momencie pożegnania jak powietrze. Nie wymieniłyśmy się przymuszonym hej, żadnym złośliwym komentarzem, czy nawet wrogimi spojrzeniami, co działo się zawsze, gdy nasze drogi rozchodziły się na jakiś czas. Niespecjalnie zaopatrywałam się na jakikolwiek kontakt z dziewczyną, dlatego zachowywałam się tam tak, jakby dziewczyny tam nie było, czego nasi rodzice już nawet nie komentowali.
Odkąd wróciłam do domu, nie zamieniłam z Robin praktycznie żadnego słowa. Widziałam, że parę rzeczy do niej dotarło i żałowała swojego zachowania, a ja sama czułam, że ostatniego razu trochę przesadziłam. Ale obie byłyśmy zbyt dumne i uparte, żeby zacząć temat. Dlatego milczałyśmy, unikając swojego towarzystwa jak tylko potrafiłyśmy.
Oplotłam ręką, przyciągnięte do mojej klatki piersiowej nogi i oparłam podróbek o prawe kolano. Zgasiłam papierosa, nie czując żadnego przepalenia. Miałam już wyciągać kolejną fajkę, gdy mój telefon rozświetlił się po dachu werandy, dlatego wzięłam go do ręki i sprawidziłam powiadomienie.
Ethan: dopiero wypaliłaś
Ethan: przyhamuj
Zmarszczyłam twarz i podniosłam wzrok na posiadłość Shelley'ów. W jednym z rozświetlonych okien budynku, ujrzałam szatyna i gdy ten tylko zobaczył, że spojrzałam w jego stronę, pomachał mi otwartą ręką. Na głowie miał kaptur, który przysłaniał jego włosy, chowając prawdopodobnie ich nieład. W dłoni trzymał końcówkę papierosa, co świadczyło o tym, że stał tam już jakiś czas. Po chwili nieskrywanej lustracji mojego zdziwionego wyrazu twarzy, delikatnie się uśmiechnął, zaciągając się jednocześnie używką.
Madeline: czemu nie śpisz? jest prawie 4
Wysłałam wiadomość i nie gasząc ekranu, odpaliłam papierosa.
Ethan: mógłbym zapytać o to samo
Westchnęłam, wkładając do buzi zwijkę po czym szybko odpisałam czekającemu na moją odpowiedź chłopakowi.
Madeline: nie jestem śpiąca
Spojrzałam ponownie na Ethana, który szybko stukając w ekran smartfona, dmuchnął dymem.
CZYTASZ
Imperfection
RomantiekNigdy nie chciałam, żebyś był perfekcyjny. Perfekcja była nudą. Nie stanowiła dla mnie żadnego wyzwania. A ty byłeś moim najciekawszym, a zarazem najcięższym wyzwaniem. To co było w tobie perfekcyjne, to twoja niedoskonałość. I jeżeli byłoby trzeba...
